niedziela, 29 stycznia 2017

Kochamy podróże czyli mojej wielkiej australijskiej przygody c.d.

Przyszło mi do głowy - wraz ze zmianą wystroju strony - żeby rozpocząć cykl krótkich felietonów na zadany temat. Jeśli "Kochamy podróże" to o moich przygodach w podróży. Jeśli "Kochamy książki" to o tym, co ostatnio czytałam i mnie zachwyciło.

Cykl otwieram felietonem o Australii...

Stoję sobie na brzegu oceanu (który ma temperaturę ok. 33 stopni i przypomina letnią zupę), jest piękny, gorący, spokojny wieczór. Promenada pełna ludzi, placyki zabaw pełne dzieci. My, tak jak tubylcy, wychodzimy na zewnątrz dopiero po zmierzchu, bo za dnia nie ma mowy, żeby wytrzymać dłużej niż godzinę. Chyba że w wodzie. W ubraniu, bo nagą skórę słońce momentalnie spali. My chociaż nie używamy kremów z filtrem, nie nosimy bluzek z długimi rękawami ani kapeluszy, jeszcze poparzeniu nie ulegliśmy. Trzymamy się cienia.

Ale wracając do oceanu: stoję sobie na brzegu i patrzę na fale, uderzające wściekle o złoty piasek. Plaża jest strzeżona i jasno oświetlona. Można pływać przez całą noc. Oczywiście w części ogrodzonej siatką. I nie dlatego ogrodzona, że boją się tutaj rekinów, oni się boją meduz zwanych osami morskimi. Najbardziej jadowitych na świecie.
Wzdłuż całej plaży są więc rozstawione tablice ostrzegawcze.


Oczywiście możesz się kąpać. Masz wolną wolę. Ale jeśli zostaniesz poparzony, zapłacisz za leczenie. A jeśli umrzesz, cóż... Jak to powiedział przedstawiciel rządu: "Pływasz w oceanie z meduzami? Prosisz się o śmierć". Oraz (to też cytat): "Na głupotę prawo nie pomoże".
Stoję więc na bezpiecznym brzegu oceanu i... nagle zapragnęłam przejść na drugą stronę siatki, żeby poczuć wolność i siłę morskiego bezmiaru, a nie oswojony żywioł między sieciami.
Oczywiście nie chciałam wejść do wody - meduzy! - tylko chwilę postać na dzikiej plaży.
I jak przełożyłam nogę, tak natychmiast ją cofnęłam.
Bo trzy dni temu pojawiły się nowe tablice. Ostrzegające przed krokodylami.


Myślicie: Co ta Kejt pisze?! Krokodyle? W oceanie? Owszem, i to wielkie i bardzo agresywne. Krokodyle różańcowe. Właśnie niedawno taki jeden wciągnął pod wodę i napoczął turystkę. Nie przeżyła. A na całym wybrzeżu pojawiły się ostrzeżenia w trzech językach.
Tak więc dwadzieścia metrów od miejsca gdzie mieszkam wałęsają się krokodyle, w oceanie meduzy i rekiny, w parku komary przenoszące dengę, w zaroślach jadowite węże, w łazienkach pająki i tak dalej i tak dalej.
Ale poza tym to prawdziwy raj na ziemi. Dla tych co przeżyją. :D :D

sobota, 28 stycznia 2017

"Kroniki Ferrinu" - ciąg dalszy nastąpił...

Wielokrotnie takie miłośniczki Kronik Ferrinu jak ja prosiły mnie o ciąg dalszy. Wprawdzie pięcioksiąg jest skończoną całością, ale dlaczego nie miałybyśmy co jakiś czas wracać do tego świata?
Specjalnie więc dla nich pierwszy rozdział księgi VI pt. "Krew dell'Idarei". Nie pytajcie, Kochane, kiedy będzie reszta. Nie wiem. Darowuję Wam to, co napisałam. Może kiedyś powrócę do pomysłu powieści w odcinkach właśnie z Kronikami? Żebyśmy razem mogły raz jeszcze "zapaść się w Ferrin i to było niesamowite"?
Po przeczytaniu koniecznie napiszcie, jak się podobało! 


I jeszcze mała niespodzianka, która wprowadzi Was w nastrój. :) Skomponowałam ja, zaranżował Maciej Mulawa.



KREW DELL’IDAREI

Jechał wolno, krok za krokiem przemierzając południowy trakt. Kary Cień, którego dosiadał zdawał się drzemać: zwieszona głowa, przymknięte powieki i ten powolny, hipnotyzujący stęp – jednak obaj: i wierzchowiec, i jeździec, byli czujni. Drogi tej krainy, tnące leśną gęstwinę, pełne były niespodzianek, czyhających na nieostrożnych podróżnych. Szczególnie na samotnych i nieostrożnych. Dzikie lwiany, smoki, zbuntowane driady – to najmniej niebezpieczne ze stworzeń zamieszkujących Przeklętą Puszczę. Prawdziwym zagrożeniem byli ludzie.
Młody mężczyzna, mieszanej rasy, odgarnął z oczu kosmyk czarnych włosów, który wyrwał się spod aksamitki. Przejechał wierzchem czteropalczastej dłoni po czole, ścierając pot. Nawet jemu – wojownikowi odpornemu na każdą pogodę i niepogodę – nieznośny, ciężki upał dawał się we znaki.
- Tu się zatrzymamy – rzekł nagle, widząc prześwit między drzewami.
Cień bez oporów skręcił z bitego traktu na leśną ścieżynę.
Jeździec zeskoczył na ziemię, nim wierzchowiec stanął, i rozejrzał się bystro dokoła. Polana zdawała się być oazą spokoju. Wabiła soczystą zielenią traw, cichym szmerem pobliskiego źródła, a płaski głaz wprost zapraszał do biesiady.
- Ładnie tutaj – odezwał się Cień wprost do umysłu swego pana.
- Aż za ładnie – odmruknął tamten. Nagle poczuł silną wibrację tuż obok... – Oho! Do kamienia się nie zbliżaj. Źródło mocy. Niezbyt przyjaznej – rzekł po chwili.
- Przecież czuję – prychnął Cień. – Na twoim miejscu Mocy bym się nie obawiał. Prędzej tego, co niesie mrok.
Faktycznie. Choć zbliżał się wieczór, duchota nie słabła. Wręcz przeciwnie – zdawała się gęstnieć z każdym oddechem.
- Myślisz, że to robota driad? – Mężczyzna rozejrzał się raz jeszcze, jakby mógł wypatrzeć wśród listowia nieprzyjazne duchy.
- Myślę, że powinniśmy ruszać, choćby nam przyszło…
Cień nie dokończył. Cicha czerwonopióra strzała wbiła się w pień tuż obok głowy jego pana. Ten nawet nie mrugnął. Po prawdzie tego się spodziewał. Po to zatrzymał się na polanie. Teraz unosił powoli ręce, ukazując driadom czyhającym na jeden gwałtowniejszy ruch, iż dłonie ma puste, a intencje czyste. Jego Cień z westchnieniem niemal człowieczym przyklęknął – w tej pozycji był równie bezbronny, co jego pan.
Pierwsza wiotka jak młoda brzoza istota, utkana bardziej z marzeń sennych, niż z ciała i kości, jednak jak najbardziej cielesna, wychynęła zza drzewa, za którym nie miała prawa się skryć – było tak cienkie. A jednak właśnie za nim, zaledwie dwa kroki od przejezdnych była ukryta.
- Powód. Daj mi dobry powód, bym zostawiła cię przy życiu, mieszańcu. – Ostatnie słowo zabrzmiało jak splunięcie.