sobota, 24 grudnia 2016

Opowieść Wigilijna, czyli o najniezwyklejszych Świętach w moim życiu...


Zapewne spodziewacie się usłyszeć piękną Bożonanrodzeniową historię, jak to moja rodzina zbiera się przy stole, z siankiem pod obrusem, dzieli się opłatkiem, zasiada do wieczerzy wigilijnej, złożonej koniecznie z dwunastu potraw - i tak było przez większość mojego życia. Myślę jednak, że bardziej zainteresuje Was opowieść o najniezwyklejszej Wigilii, jaką przeżyłam.
Było to rok temu, gdy - jak wiecie - z moim pięcioletnim synkiem przebywaliśmy w dalekiej upalnej Australii i nie było możliwości, by wrócić do Polski na święta.
Zresztą nastroju świątecznego zupełnie nie czuliśmy: owszem, na witrynach sklepów były ładnie przybrane choinki, drzewa oplecione światełkami, uliczni śpiewacy z "Silent night" i ogromna choinka na głównym placu Adelaidy, lecz... te palmy? I Trzydzieści stopni? Nasze polskie organizmy mówiły nam, że jest środek lata!!! Jakie Boże Narodzenie?!
Ale tradycję trzeba podtrzymywać...
Mój synek miał już u Mikołaja zamówiony prezent, ja kupiłam jakąś okropną sztuczną choinkę, usiłowałam zdobyć opłatek, bo z Polski nie dotarł i jakieś polskie wigilijne potrawy, by mimo wszystko było świątecznie i tak, jak co roku, ale zdobyłam tylko czerwony barszcz z uszkami - pyszny zresztą - gotowany przez Chińczyków...
Tuż przez przerwą świąteczną poszłam ostatni raz do szkoły - uczyłam się wtedy intensywnie angielskiego - i razem z ludźmi z grupy wspominaliśmy, niektórzy ze łzami w oczach, rodzinne święta w ich krajach. Nagle coś zrozumiałam: ci wszyscy ludzie byli tu sami - jak ja, nawet nie mając synka przy sobie. Ich miejsce przy wigilijnym stole było puste, a rodziny tysiące kilometrów stąd. Za chwilę, po zajęciach, wrócą do pustych mieszkań, czy na stancję, a w taki dzień jak Wigilia NIKT nie powinien być sam!
To im powiedziałam.
- Słuchajcie, zapraszam was do siebie, na międzynarodową Wigilię. Nie musicie nic przynosić, wszystko przygotuję, będąc szczęśliwa, że jesteście, tylko przyjdźcie.
I przyszli!
Jedyne, o co mnie pytali, to jaki prezent przynieść mojemu synkowi, bo przecież, rozumiecie: Mikołaj, w którego on święcie wierzył, drapak udający choinkę...
Cóż to były za święta...
"Cichą noc", którą ściągnęłam jako karaoke, po kolei śpiewaliśmy we wszystkich językach: po polsku, angielsku, wietnamsku, koreańsku, japońsku, tajsku, kambodżańsku, niemiecku i francusku.
Było składanie sobie życzeń i serdeczne przytulenia. Była radość, że jesteśmy wśród przyjaciół, a nie płaczemy z samotności i tęsknoty w poduszkę.
Nagle pod choinką pojawiły się prezenty! Patryk (kocham tę naiwną wiarę dzieci) nie mógł wyjść z podziwu, jak on, ten Mikołaj, zdołał podrzucić prezenty, gdy my siedzieliśmy tuż obok przy stole, a Patiś tylko na chwilę wyszedł do łazienki i oto są! :)))
Faceci natychmiast zaczęli składać wielki tor wyścigowy (i świetnie się tym torem bawić, nie gorzej powiedziałabym niż mój synek), dziewczyny rozśpiewały się - mocno fałszując - w karaoke z piosenkami świątecznymi po angielsku. Ze sto raz śpiewałyśmy Shaking Stevensa "Merry Chistmas Everyone" oraz "Silent night". Dotąd, aż potraciłyśmy głosy :)))
Nasza Wigilia skończyła się wraz z ostatnim odjazdem tramwaju, o 23:30 i rozstawaliśmy się naprawdę szczęśliwi.
Potem wyszłam jeszcze w moim synkiem na plażę - nadal było trzydzieści stopni, patrzyliśmy na gwiazdy, słuchaliśmy szumu oceanu, a na koniec Patryk przytulił się do mnie i powiedział z głębi serca: "Bardzo cię kocham, mamuś"...
To były naprawdę przepiękne Święta...
Takich chwil, cudownych, niezwykłych, pełnych ciepła i serdeczności, życzę Wam jak najserdeczniej.
Wasza Kejt

3 komentarze:

  1. Piękna i wzruszająca opowieść. Rodzinnych i wesołych świąt. ��������

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak widać atmosferę nosimy w sercu, bez względu gdzie nas los zaniesie. Wystarczy tylko bodziec, którym tym razem była Twoja osoba. to było piękne.

    OdpowiedzUsuń