Do tej pory moje wyobrażenia kończyły się na pliku pdf podpisanym np. "Bezdomna do druku" i... jakoś tak za sprawą magii parę tygodni później owa "Bezdomna do druku" pojawiała się w księgarniach.
Tym razem ze względu na niecodzienne wydarzenie (bo nie co dzień celebruje się pierwszy milion sprzedanych egzemplarzy, a nawet powiedziałabym, że najwyżej raz w życiu) Wydawca wysłał ekipę z kamerą do drukarni i oto ujrzałam - naprawdę fascynujący - proces powstawania mojej książki. Ten właściwy. Z idei, poprzez plik wirtualny do czegoś realnego, co weźmiemy w rękę, pogłaszczemy po okładce...
I chyba dopiero w tym momencie, gdy na ekranie pojawia się ogromna hala pełna "Zemst" dotarło do mnie, co to znaczy MILION. :))
Bardzo, ale to bardzo mi się to podoba.
I powtórzę pytanie z fanpejdża: czy któraś z Was marzy, by kiedyś też zobaczyć na ekranie albo na żywo, jak się drukuje jej własna książka? Bo ja jeszcze dziesięć lat temu nawet nie śmiałam o tym zamarzyć. A dzisiaj... :)))
Endżoj!
Piękny widok 😌Jeszcze raz gratuluje😊
OdpowiedzUsuńPani Katarzyno Gratuluję serdecznie zawsze marzyłam by napisać choć pół książki :-) nie dano mi takiego talentu niestety i za każdym razem gdy pochłaniam kolejną Pani książkę zastanawiam sie '' Jak Ona to robi????? '' czy z tym trzeba się urodzić.... :-) raz jeszcze gratuluje.
OdpowiedzUsuńDostałam talent od Boga, ot co. :)
Usuń