wtorek, 27 stycznia 2015

"Pani Ferrinu" coraz bliżej...

... i koniec naszej wspólnej ferrińskiej przygody też coraz bliżej. (Chociaż... nie wiadomo, co Ferrin w przyszłości jeszcze czeka, parę pomysłów z nim związanych mam).

Zbliża się premiera ostatniego tomu Kronik, rozwiązanie wszystkich wątków, wyjaśnienie wszelkich tajemnic, ostatni wybór dany Anaeli przez bogów i ostatni dokonany przez nią.

Nie powiem nic więcej niż to, że książka, a więc i całe Kroniki kończą się... tak jak powinny się zakończyć. Bardzo jestem ciekawa, czy spodoba Wam się i całość, i właśnie takie a nie inne zakończenie. Na razie mogę Was zapytać, czy się podoba okładka... :)

Teraz wracam do pisania (bo chyba znów zaczęłam móc - dzięki Waszemu wsparciu i przytulaniu)...


środa, 7 stycznia 2015

Warto pomagać :)


Pieniądze trafiły na konto hospicjum. :)

Do tych za książki z autografem, które kupiłyście Wy, kochane Czytelniczki, dorzuciłam trochę swoich i dzieciaczki z Podkarpackiego Hospicjum otrzymały świąteczny upominek.
Cieszę się i dziękuję Wam za wspólną akcję.
Nadal są jeszcze książki do kupienia, chociaż powoli się kończą, nadal możecie wspomóc hospicjum, akcja trwa: TUTAJ

Wklejam podziękowanie nie dlatego, żeby się chwalić jaka jestem wielkoduszna, ale żebyście Wy wiedziały, że rzeczywiście pieniądze w całości, a nawet w 150% trafiły tam, gdzie powinny.

wtorek, 6 stycznia 2015

Dzień, który zmienił Twoje życie...


Są takie chwile, gdy nasze życie - to oswojone i znane, które wydawało nam się niezmienne - nagle staje na głowie, robi zwrot o 180 stopni, pryska niczym mydlana bańka...

Czasami prowadzi to do tragedii, albo jest tragedią, czasami - szczególnie z perspektywy czasu - okazuje się, że zmiana wyszła nam na dobre (a w moim przypadku na świetne, dzięki ci, Losie, za tamten dzień...).

Myślę, że największym wstrząsem a takich chwilach jest sam fakt nagłej, gwałtownej zmiany. My nie lubimy zmian. Szczególnie niezapowiedzianych. Lubimy gdy nasze życie toczy się z góry ustalonym torem. Oczywiście tak niespokojne duchy jak ja potrafią z dnia na dzień znaleźć się na drugiej półkuli, "bo tam mnie jeszcze nie było", ale... powiedzmy że to moja spontaniczność. To lubię. Gdyby mnie jednak porwano i na drugą półkulę wywieziono... Czujecie różnicę?

Może to kwestia kontroli nad swoim życiem i jej braku? Gdy ja tracę kontrolę, wpadam w panikę. A nim ową panikę opanuję i odnajdę się w nowej rzeczywistości, zahaczam o depresję.

A jak to jest z Wami?
Miałyście w życiu taki dzień, taką noc, taki moment, który zmienił dosłownie wszystko? Jeżeli chcecie, podzielcie się tym ze mną. Z chęcią wysłucham Waszych opowieści. Tylko pliss, niech kończą się happy endem, jak u mnie...

poniedziałek, 5 stycznia 2015

"Nie oddam dzieci!" - początek

Wiem, że czekacie na następną książkę z serii z czarnym kotem, tej którą zaczęły "Nadzieja" i "Bezdomna". Owszem, zaczęłam pisać coś... bardzo drastycznego i bardzo prawdziwego, co mogłoby się przydarzyć każdemu z nas... Pijany albo naćpany bandyta za kierownicą swojej beemwicy może jeszcze dzisiaj, na tym cholernym zakręcie śmierci, zabić mnie i moje dziecko.
Gdy zaczynam opowiadać Wydawcy o tej książce, już płaczę, nie wiem więc, jak ją napiszę, ale napisać muszę. 
I chyba tym razem rzeczywiście do książki będzie dołączona paczka chusteczek.

Oto prolog z roboczą okładką. A na końcu zadam Wam ważne pytanie...



NIE ODDAM DZIECI!


Michał Sokołowski jest utalentowanym chirurgiem, bezgranicznie oddanym pracy, która stała się jego powołaniem i obsesją. Uwielbiają go pacjenci i personel szpitala, w którym pracuje, szanują koledzy, ceni dyrekcja. Ma piękną i mądrą żonę, którą kocha z wzajemnością i troje dzieciaków, za które skoczyłby w ogień. Niewielki domek na przedmieściach, wesoły psiak, ganiający po podwórzu i kot wygrzewający się przy kominku – oto idealne życie, które Michał wymarzył sobie jeszcze na studiach i które dzień po dniu, cegiełka po cegiełce budował.
W Marcie, drobnej, ślicznej blondyneczce, studentce dziennikarstwa, zakochał się z wzajemnością na pierwszym roku studiów. Pobrali się gdy tylko ona zarobiła na ślubną suknię, a on na pierwsze wynajęte mieszkanko. To zakochanie zostało im do dziś, ale Michał w ostatnich latach zaczął zatracać się w pracy tak bardzo, że zagubił gdzieś między niekończącymi się dyżurami to, co najważniejsze.
Nie widział, bo nie chciał widzieć, że dzieci zaczynają go traktować jak gościa, który wpada w odwiedziny i znika, nim zdążą się nim nacieszyć. Nie widział, że Marta, która poświęciła własną karierę dobrze zapowiadającej się dziennikarki na rzecz domu i szczęśliwej rodziny, jest coraz bardziej zmęczona, sfrustrowana i rozżalona.
Gdy wyrzucała mu to podczas coraz częstszych kłótni, kajał się i przepraszał. Rozumiał ją, naprawdę!, i wspierał. Duchowo. Na nic więcej - pędząc od pacjenta do pacjenta i od operacji do operacji – nie miał czasu. I podczas tej gonitwy szybko zapominał o obietnicach dawanych dzieciom i żonie.
Gdy skonany wracał do domu, Marta… nie mówiła nic. Zaciskała usta w wąską kreskę, nastawia policzek do zdawkowego buziaka, a potem patrzyła jak mąż, którego nadal starała się kochać całym sercem, zasypia nad talerzem z zupą.
Dzisiaj Michał wstaje przed świtem, gdy dzieci jeszcze śpią, całuje delikatnie, tak żeby nie obudzić, trzynastoletnią Maję, sześcioletniego Zbynia i najmłodszego, najukochańszego Antosia, i już jest gotów wracać do szpitala, ruszać w bój ze śmiercią, ratować życie następnego pacjenta.
W progu zatrzymuje się, na palcach wraca do sypialni, by jeszcze chwilę popatrzeć na swoją ukochaną żonę, śpiącą na boku z długimi włosami rozsypanymi na poduszce. Jest piękna, teraz, w ostatnim miesiącu ciąży z ich czwartym dzieckiem, wydaje się Michałowi najcudowniejszą istotą pod słońcem. A jednak opuszcza ją. Praca wzywa…

Tadek Marszak jest kierowcą tira, kursującym na trasie Polska – Włochy z dość niewdzięcznym towarem, jakim są konie na rzeź. Nie to, żeby żal mu było tych głupich chabet, ale kłopotu z nimi po drodze, i nie tylko z nimi, do porzygania.
Tadek ma wyższe aspiracje, niż wożenie o aspiracjach właściciela korporacji przewozowej, które z powodu lenistwa Tadka nie mają szans się spełnić. Bardzo go to frustruje, a że po powrocie z trasy nie ma żony, na której mógłby frustracje odreagować, tłucze starą, schorowaną matkę. Na określenie „tłucze” obruszyłby się zapewne, bo przecież nie bije jej do nieprzytomności, ot „szturchnie”, by stara ruszyła się z wyra i obiad ugotowała, dom ogarnęła, a nie wyleguje się całymi dniami i spracowany syn sam musi sobie jajecznicę zrobić.
Tadek ma jeszcze jedno hobby, które jeszcze lepiej robi na jego skołatane nerwy: zagania konie na pakę, dźgając je metalowym prętem pod napięciem 6 000 woltów. Robi to z tak dużym entuzjazmem, że nawet jego bezduszny szef musi nadgorliwca czasem studzić.
Za to w drodze do Włoch Tadek używa sobie do woli, nie tylko na nieszczęsnych zwierzętach. Otóż przed „akcją” lubi sobie popić. Niedużo. Tak dla animuszu. I już czuje się nie jak wyrobnik, a jak pan świata. Panisko raczej.
Widzicie podpitego kierowcę tira, gnającego ile mocy w silniku po polskich drogach?
Właśnie…
Dzisiaj Tadek ma wolne i może zabalować. Matce zwinął skromną rentę, zupełnie nie martwiąc się, czy będzie miała co do garnka włożyć. Skoro jest taka głupia i trzyma pieniądze w puszce na herbatę, to niech żre trociny. Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, Tadek staje przed lustrem, pręży muskuły, których nie ma, zaczesuje przerzedzające się włosy, narzuca na ramiona białą koszulę, sweter w serek i skórzaną kurtkę. Może ruszać w miasto, chociaż tę pipidówę trudno nazwać miastem. Jednak i tu zdarza się Tadkowi wyrwać łatwą lalę, która da się obmacać na tylnym siedzeniu starej beemwicy. Grunt to dobry bajer, a on umie bajerować.
Dzisiaj się więc zabawi. Ma to jak w banku.

Albert Niro-Kołek, używający rzecz jasna lepiej brzmiącego Niro, jest synem polityka, znanego z tego, że jest politykiem, i celebrytki, znanej z tego, że jest znana. Ich małżeństwo trwało krótko. Po trzech latach kłótni i bijatyk – a to wszystko na oczach dziecka – rozstali się w końcu cicho i bez fanfar, z jakimi odbył się ich ślub. Tym razem nie zależało im na medialnym szumie. Rozwód nie jest dobrą reklamą. Ojciec z ulgą opuścił dom, byłą żonę i dziecko, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość: na ich utrzymanie łożył. Sprawa o alimenty też nie jest dobrą reklamą.
Albert nienawidzi swojej matki, która może kiedyś i była piękna i podziwiana, teraz zaś, po latach balang, hektolitrach alkoholu i metrach kokainowych ścieżek, wygląda na podstarzałą kurwę – to ostatnio jedyny syn rzucił jej w twarz. Popłakała się i poszła do swojej sypialni zapić smutek. Jutro obudzi się na kacu i nie będzie pamiętała nic. O synu też zapomni, aż do następnego spotkania, kiedy ten przyjdzie po forsę, i następnej kłótni.
Albert nienawidzi swojego ojca, bo po pierwsze gardzi polityką, po drugie gardzi ludźmi, którzy zmieniają poglądy jak chorągiewka. Ojciec Alberta zaliczył już chyba wszystkie ugrupowania polityczne, zawsze jednak będąc blisko ręki, która aktualnie karmi. Należy do szarej eminencji, nie pcha się na świecznik, ale swoje robi i może dużo. Tak dużo, że wyciągnął syna z aresztu następnego dnia po tym, jak ten „dla jaj” podpalił człowieka. Nie człowieka. Bezdomnego. Stary lump konał w mękach przez trzy dni. Albertowi się upiekło. Ojciec mu tylko twarz obił – nie za to, że podpalił tego kundla, a za to, że naraził karierę polityczną Romana Kołka.
Albert obiecał sobie, że nigdy więcej nie da się złapać, a ojcu, że nie zszarga jego nazwiska. Pod warunkiem jednak, że ten nadal będzie łożył na utrzymanie pierworodnego. Albert szczyci się bowiem tym, że nie przepracował w swoim trzydziestoletnim życiu ani jednego dnia. I matka, i ojciec od dziecka zamykali mu usta pieniędzmi, bo bękart sporo pikantnych plotek o ich pożyciu mógłby sprzedać tabloidom. Układ więc jest jasny: oni dają forsę, on milczy i nie rzuca się mediom w oczy. A jeżeli już to pod fałszywym nazwiskiem.
Dzisiaj Albert, wciskając do portfela kupiony za ciężkie pieniądze „alternatywny” dowód osobisty, rusza na łów. Jeszcze nie wie, co padnie jego łupem – raczej kto, nie co, bo Albert poluje na ludzi - ale ma zamiar ten dzień uczynić pamiętnym dla siebie i dla świata. I uczyni.

Michał, Tadek i Albert…
Losy tych trzech tak różnych mężczyzn już niedługo splotą się nieodwracalnie.
Jeden ocali ludzkie życie.
Drugi zabije dwie niewinne istoty.
Trzeci zawiśnie w więziennej celi.
Zaś bezprawiu i niesprawiedliwości jak zwykle stanie się zadość.

c.d.n.

A pytanie do moich Czytelniczek brzmi: którą z książek wolałybyście przeczytać w marcu, jako pierwszą: dramatyczną i poruszającą "Nie oddam dzieci!", czy pogodną, zwariowaną "Spełnienia marzeń!"?

sobota, 3 stycznia 2015

Niespodzianki w Nowym Roku. Powinny się Wam spodobać!

Cześć, Dziewczęta (i Chłopcy oczywiście też), z Adminką Anią postanowiłyśmy sprawić Wam trochę radości na fanpejdżu i zaraz przedstawię efekt naszej burzy mózgów.
Ale nim go zaprezentuję, przypomnę, że ten blog prowadzę osobiście ja - Kejt Em jak Michalak, natomiast fanpejdż na fejsbuku prowadzi Ania, moja przeurocza, kochana Przyjaciółka, do której możecie pisać na priv albo via mail - ona, w pełnym zaufaniu, przekazuje mi Wasze maile, albo jeśli dotyczą spraw adminowych na nie odpowiada.
Blog pełni rolę raczej informacyjną - tutaj macie wszystko na temat mojej twórczości: podział na serie, kolejność czytania, nawet streszczenia poszczególnych tytułów.
Tutaj możecie również zostawiać komentarze o przeczytanej książce, recenzje, czy - najbardziej przeze mnie lubiane - wpisy w Księdze Gości (odsłona III!).
Ja z kolei wrzucam info na temat tego co mi w duszy gra, nad czym pracuję, czy też ciekawostki z prasy i telewizji, jakie się o mnie ukazały.
Natomiast fanpejdż... o, to już jest miejsce na pogaduchy i dobrą zabawę, a także konkursy i rozdawajki. Wiem, że niektóre z Was nie mają konta na fajsbuku (ja nie mam) i... może czas założyć? Bo oto wymyśliłyśmy z Anią, co się będzie już od przyszłego tygodnia TUTAJ, czyli na fanpejdżu działo. A będzie się działo, oj będzie...

Początek tygodnia zaczniemy cytatem... (Właściwie już zaczęłyśmy).

Poniedziałki


We wtorki zabawa, którą już polubiłyście, czyli skąd pochodzi ten fragment... (Ten akurat pochodzi ze "Sklepiku z Niespodzianką. Adeli", ale wierzcie mi, że będą trudniejsze do odgadnięcia).

Wtorki





Na środy przewidziałyśmy... quizy! Lubicie wybierać, prawda? Będą więc Wasze ulubione pytania: o okładki, o bohaterów, o książki. Na najbliższy już możecie się przygotować...

Środy



W czwartkowe wieczory wrócimy do tradycji. Czyli będziecie mogły podyskutować na temat, jaki przygotuje Adminka Ania. Nawet banerek z dawnych czasów odszukałam...

Czwartki


W piątki coś, co lubicie chyba najbardziej: ROZDAWAJKI! Co tydzień jedna z Was stanie się szczęśliwą posiadaczką mojej książki z osobistą dedykacją (to rzadka gratka :). Zasady będą proste: odpowiedzieć na pytanie "Dlaczego chciałabyś wygrać tę książkę", polubić fanpejdż i udostępnić post na swojej stronie. Każda rozdawajka będzie trwała do soboty do 23:59. W najbliższej jak widzicie będzie można wygrać śliczną, żółciutką "Poczekajkę".

Piątki


Soboty i niedziele będą należały do mnie, a dlaczego? Bo osobiście będę się udzielała na fanpejdżu. W soboty z odpowiedziami na pytania (które już od dziś możecie wysyłać do Ani na priv lub na mail kontaktowy anowak.koordynator@gmail.com ). Na trzy w każdą sobotę obiecuję szczerze odpowiedzieć. :)

Soboty


Zaś w niedziele zabawimy się w wyliczankę kocha... lubi... szanuje... nie chce... nie dba... żartuje... Sama jestem ciekawa, o czym będę pisała. Co kocham, kogo szanuję, o co nie dbam...

Niedziele


Jak widzicie naprawdę zadbałyśmy o to, by się Wam nie nudziło. :)) Dajcie nam się tylko ogarnąć, bo czas świąteczno-noworoczny nieco nas absorbuje, ale już od poniedziałku... zaczynamy!
Fajnie, prawda?

Tak sobie na koniec pomyślałam, że właściwie tutaj na blogu również mogłybyśmy się tak bawić z tymi z Was które nie mają konta fejskubkowego. Co Wy na to? Powtarzać zabawę i tu i tam, czy jednak kto chce wziąć udział, to jakoś do fanpejdża się przekona?

piątek, 2 stycznia 2015

Reportaż w Dzień Dobry TVN


Przyznam się bez bicia, że nie chciałam nikomu mówić o tym nagraniu, dopóki nie zobaczyłam go na żywo w Dzień Dobry TVN. Rozumiecie: myślałam, że wyjdę jakoś beznadziejnie, albo coś palnę, ale... po gratulacjach, które dostałam od Wydawców, Przyjaciół i Czytelniczek, uwierzyłam, że wyszedł bardzo dobrze.

Chyba naj-największą radość mi sprawiły fragmenty mojej miniekranizacji, czyli "Poczekajki"! Po raz pierwszy widziałam je w telewizji i... poczułam, że wszystko przede mną! :)

A teraz życzę Wam miłego oglądania reportażu i jego gwiazdy, czyli uroczej koteczki Pipi (która już zdążyła zbić trzy bombki i urwać choinkowy łańcuch, ale i tak ją kochamy. :)

http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/polska-danielle-steel,153532.html

Plan wydawniczy na rok 2015

Dopytujecie o to, jakie książki, w jakiej kolejności i w jakich miesiącach ukażą się w przyszłym roku.
Nie mam dla Was dobrych wiadomości, bo... nie wiem. Znam datę premiery "Pani Ferrinu" (która - byłam pewna - miała ukazać się w styczniu, a wyjdzie w lutym), ale co dalej? Mogę powiedzieć tylko w przybliżeniu. Również dlatego, że sama nie jestem do końca zdecydowana co i kiedy chcę pisać, a więc co i kiedy chcę wydać. To chyba pierwszy taki przypadek od początku mojej kariery, no nie? Ale zaczęłam eksplorować zupełnie nowe obszary twórcze i to mnie na razie pochłania.

Oto więc orientacyjny plan wydawniczy na rok 2015:

11 lutego 2015 ostatni tom Kronik Ferrinu "Pani Ferrinu"


Marzec - III tom serii z czarnym kotem "Nie oddam dzieci!"
Maj - coś
Czerwiec - I tom nowej serii "Spełnienia marzeń!"


Sierpień - VII tom serii owocowej "Domek na Czereśniowej"
Listopad  - coś

Eeee.... jakiś mało precyzyjny wyszedł mi ten plan. :)))
Na co najbardziej czekacie? Podejrzewam, że na listopadowe coś. ;D

czwartek, 1 stycznia 2015

Świąteczna sesja modowa...

... czyli ja w nowej, eleganckiej odsłonie dla świątecznego numeru "Pani Domu".


Wyznam szczerze, że lepiej się czułam w moich pastelowych sukienkach przed kolano, ale... może już czas wydorośleć i ubierać się stosownie do wieku?
No nie wiem... nie wiem...
Co o tym sądzicie, moje kochane?

Początek nowej powieści - czy ma ktoś ochotę na cd? ;)



"SPEŁNIENIA MARZEŃ!"

Zaczęło się zupełnie niewinnie.
- O ile kopanie dla siebie grobu, z bandziorem za plecami, który wbija ci lufę karabinu w krzyż, można określić jako coś zupełnie niewinnego – mruknęła Blanka Wesołowska, pokręciła głową i zaciskając z determinacji zęby, wbiła łopatę w twardą ziemię. Stęknęła, próbując unieść wielką, ciężką grudę i… poddała się. – Sorry, Daniel, najwyżej cię ukatrupią. Nie dasz rady wykopać tego grobu.
Być może ów Daniel miał coś przeciwko temu, nie chciał umierać tam, w ciemnym lesie, zastrzelony przez zbirów z mafii, ale Blanka nic nie mogła na to poradzić. Nie pierwszy raz akcja powieści wymykała się jej spod kontroli…
- A miał to być pogodny, wesoły romans, „taki w pani stylu”. Wydawca mnie zabije, jeśli ja zabiję ulubionego bohatera moich czytelniczek – jęknęła kobieta półgłosem. Na szczęście nikt nie słyszał, jak gada do siebie. Jej domek był oddalony od drogi, sąsiadów, wsi i cywilizacji – jednym słowem: od wszystkiego – na tyle, by mogła nie tylko gadać, ale i krzyczeć do siebie, czy na siebie. I tak nikt nie usłyszy. Korzystała więc z komfortu życia na odludziu, tocząc dyskusje z bohaterami swoich książek.
Dziś rano miała wprowadzić do powieści uroczego faceta, w którym zakocha się główna bohaterka, ale… jak to zwykle, gdy trzeba wziąć się do pracy, bywa… śliwy węgierki, które kupiła tydzień temu, nagle o sobie przypomniały, domagając się przesadzenia z całkiem dużych i wygodnych donic do ziemi. Blanka więc, zamiast usiąść za biurkiem, otworzyć laptop i pracowicie spisywać to, co jej wyobraźnia podpowie, chwyciła za łopatę i ruszyła na odsiecz śliwom. Już za pierwszym razem wbijając szpadel w ziemię, poczuła… to coś. Zupełnie jakby wielka siła chwyciła ją za ramiona, wyrwała z jej własnego ciała i przeniosła zupełnie gdzie indziej… Oto jeszcze przed chwilą rozmyślała o Danielu, który jeszcze przed chwilą był postacią z jej powieści, jechał sobie niefrasobliwie dobrym samochodem na spotkanie z siostrą i nagle… gdy Blanka wbiła łopatę po raz pierwszy… stała się tym Danielem, który w ciemnym lesie kopie dla siebie grób. Za co?! Dlaczego?! Blanka nie miała pojęcia, ale szła za głosem wyobraźni, zupełnie zatracając się w tym co ta wyobraźnia dla niej, Blanki, i dla nieszczęsnego Daniela przygotowała.
Blanka kopała grób bez chwili odpoczynku. Nie da tamtym – bandziorom czyli – satysfakcji! Nie będzie ich błagała o litość. Ma dziś umrzeć, to umrze. Z godnością i żalem, że odchodzi mając lat zaledwie trzydzieści dziewięć… czy trzydzieści dwa?
- Kurde, kobieto, oprzytomnij! On, Daniel, ma trzydzieści dwa! Ty, Blanka, masz trzydzieści dziewięć! Ty w schizofrenię w końcu popadniesz, jeśli będziesz aż tak głęboko wchodziła, wpadała raczej, w te swoje powieści!
Tak, tak, Blanka-Rozsądna miała jak zwykle rację, ale… to było takie fajne. Takie genialne w tym co robi, w jej nowym zawodzie! Mogła stać się kim zechce, przeżywać przygody, w jakie jej dotychczasowe nudne życie bynajmniej nie obfitowało. Mogła być śliczną, młodszą od dziesięć lat dziewczyną, jeszcze ufną i naiwną, która wierzy w Wielką Miłość i przeżywać pierwsze radości i rozczarowania z facetem tak fajnym jak Daniel van der Welt chociażby…
- Którego mafia chce właśnie za coś ukatrupić. Fajny facet, doprawdy świetny! – Blanka zaśmiała się. – Dowiedzmy się przynajmniej za co…
Ponownie zacisnęła zęby, zmrużyła wściekle oczy – tak właśnie wyglądał Daniel, kopiący dla siebie grób - i…
Sygnal klaksonu przerwał mu, czy właściwie jej, Blance, nim wbiła szpadel w ziemię.
- Czy możesz mnie wpuścić z łaski swojej?! – usłyszała wołanie po drugiej stronie bramy i…
- O kurczę, Nisia, zapomniałam o tobie!
- Nie pierwszy raz!
- Już otwieram! Momencik… muszę znaleźć pilota do bramy.
Rzuciła się do domu, sprawdzając po drodze, czy nie ma pilota w którejś z kieszeni. Nie miała. Za to miała telefon z dziesięcioma nieodebranymi połączeniami. A każde podpisane „Weronika”. Oczywiście odebrałaby, gdyby włączyła dźwięk…
- Weronika mnie zabije, gdy tylko ją wpuszczę. Pilocie, gdzie, kurde, jesteś?! I będzie miała rację. Umawiam się z przyjaciółkami i nie dość, że nie odbieram telefonu, to… na miłość boską, gdzie ja posiałam to badziewie?! – jęknęła z rozpaczą, bo pilot, który powinien wisieć przy drzwiach cóż… nie wisiał. – Wiem! Mam go! – Wypadła z domu i pognała do samochodu.
- Wpuść mnie… wpuść mnie… wpuść mnie… - powtarzała śpiewnie niewidoczna za płotem Weronika, ćwicząc wokalizę.
- Już, już! Mam go! – Blanka chwyciła upragniony przedmiot, nacisnęła czerwony guziczek i…
- Wpuść mnie… wpuść mnie… wpuść mnie…
Blanka jęknęła.
- Nie ma prądu… - i rzuciła się z powrotem do domu po kombinerki. Gdy nie było prądu, brama, otwierająca się automatycznie, nie działała i trzeba było otwierać ją „na rympał”. Tu przydawały się kombinerki. 
Pięć minut później Weronika wjeżdżała swoim żółtym jak kogel-mogel cabrioletem na podjazd i wysiadała z samochodu, patrząc na przyjaciółkę z mieszaniną uczuć wypisaną na twarzy.
- Zamykasz się! Znowu się zamykasz! – krzyknęła naraz.
- No pewnie, że się zamykam – odparła Blanka z udawaną nonszalancją. – Mieszkam w lesie, jak widzisz, i trudno, żeby brama była zapraszająco otwarta…
- Nie o to mi chodzi! Zamykasz się przed ludźmi! Uciekasz! Wycofujesz!
- Przesaaada.
- Nie odbierasz telefonów – ciągnęła Weronika oskarżycielskim głosem. Złość już jej przeszła, choć naprawdę jechała tu z duszą na ramieniu, bojąc się, że ktoś wyrządził Blance krzywdę. Albo ona sama sobie ją wyrządziła… A ta, jak gdyby nigdy nic… No właśnie. Co ona, na miłość boską, wyrabia?! Nika przechyliła głowę, patrząc na dzieło Blanki, która zaczęła się tłumaczyć:
- Miałam wyłączony…
Ale Weronika przerwała jej, patrząc na przyjaciółkę pociemniałymi ze zgrozy oczami:
- Co ty właściwie robiłaś?
- Kopałam.
- Grób?
Blanka uniosła brwi.
- Jaki znowu grób!? Dołek. Dla śliwki. – Machnęła ręką w kierunku drzewka.
- Zamierzałaś… posadzić ją poziomo?
- Dlaczego poziomo? – zdumiała się Blanka i nagle, przyjrzawszy się swojemu dziełu, zaczęła się śmiać. „Dołek dla śliwki” rzeczywiście wyglądał jak grób… - Chyba trochę mnie poniosło – rzekła przepraszającym tonem, bo Nika nie zawtórowała jej śmiechem. Przeciwnie, wyglądała na jeszcze bardziej zmartwioną.
- Stawiasz dwumetrowe płoty, zza których świata zewnętrznego nie widać. Nie odbierasz telefonów nawet od przyjaciół. Nie robisz zakupów, nie pytaj skąd wiem, tutaj wszyscy wiedzą, że pani pisarka nie była w sklepiku od tygodnia! A na koniec to. Grób dla śliwki.
- Dołek. Proporcje mi się popitoliły. – Blanka objęła zmartwioną przyjaciółkę i cmoknęła w policzek. – Naprawdę nie musisz się o mnie martwić. Zapadłam się w nową powieść i straciłam poczucie czasu. A zakupów nie robię, bo… mam jeszcze trochę zapasów.
- Ile ostatnio kupiłaś? Tych swoich żelek, nałogowcu?
Blanka nie ukrywała, że podczas pisania powieści może się obejść bez śniadań, obiadów i kolacji. Nawet bez internetu! Ale żelki nadziewane sokiem muszą być pod ręką. Zawsze. I herbata ze świeżym imbirem. Gdy kończyły się żelki albo imbir, wychodziła z nory na polowanie. Czyli jechała do sklepu. Między powieściami była normalną, zwyczajną do bólu mieszkanką małej podwarszawskiej wsi. Podczas pisania zmieniała się w żelkowego wampira.
- Masz coś w domu oprócz nich? – pytała Weronika, bynajmniej nie oczekując odpowiedzi. Jak znała życie, czy raczej swoją przyjaciółkę-pisarkę, w domu były tylko żelki i imbir. Bez słowa zawróciła do samochodu, otworzyła bagażnik i wyjęła dwie siaty zakupów.
- Wpuścisz mnie do środka, czy będziemy tak tkwiły nad tym grobem? – zapytała konkretnym tonem.
- Przepraszam – mruknęła Blanka, wzruszona do łez tym, że jeszcze ktoś się o nią martwi i ktoś o nią dba. – Chodź, zrobię ci herbaty z…
- Żadnego imbiru! Nie cierpię imbiru!
- Wiem, wiem…

c.d.n.

Nietrudno się domyślić, że w tej powieści ponownie pojawią się wątki autobiograficzne... :)

Szczęśliwego Nowego Roku! Oraz... postanowienia noworoczne w pięciu punktach


Moje postanowienia noworoczne będą krótkie i na temat:
1. zrealizować plany wydawnicze (da się zrobić)
2. wyjechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było (jest jeszcze parę takich miejsc)
3. systematycznie (i z radością) ćwiczyć (hahaha, na tym postanowieniu chyba polegnę...)
4. spełnić takie jedno marzenie, o którym nie mogę Wam jeszcze powiedzieć
5. napisać scenariusz serialu (tylko jakiego?)

Zajrzę tutaj za rok i zobaczę, co udało mi się zrealizować...