niedziela, 20 września 2015

Nadchodzi czas "Amelii"! Więc pierwszy rozdział na zachętę... :)))


Zabajka ― niewielkie urocze miasteczko, zagubione pośród jezior i lasów Tucholi ― wygrzewała się w promieniach późnowiosennego poranka, niczym zadowolony z życia kot. Bruk uliczek, okalających rynek, lśnił po krótkim, acz intensywnym deszczu, który spadł tuż przed świtem. Drzewa w parku przed ratuszem wyciągały gałęzie ku słońcu, trawa zieleniła się radośnie, a jaśmin, który właśnie zakwitł, rozsiewał wokół odurzające aromaty. Mieszkańcy niespiesznie ruszali do swoich zajęć, ale jeśli nadarzyła się okazja na zamienienie paru słów z sąsiadem, czy niewinne ploteczki z sąsiadką, chętnie z niej korzystali. Dzień wstawał piękny, ciepły i słoneczny…
Nic, absolutnie nic ― żadne znaki na niebie, czy na ziemi ― nie zapowiadało rewolucji, która lada moment miała zburzyć spokój miasteczka.
Ta rewolucja miała na imię Amelia ― być może Amelia, bo nie na pewno ― i właśnie otwierała oczy. Przez chwilę leżała, wpatrując się w sufit, potem ostrożnie zerknęła na boki, wreszcie usiadła, rozglądając się po pokoju.
Gdy tu przybyła, w domu panowały egipskie ciemności. Prawdopodobnie nie był prądu, bo żadnym pstryczkiem-elektryczkiem nie udało się Amelii włączyć światła. Teraz więc poznawała najbliższe otoczenie, czyli niewielki pokój, do którego po omacku dotarła i w którym zasnęła, nie mając siły nawet na szybką kąpiel. Zresztą kąpiel po ciemku w obcym domu nie była tym, o czym marzy się po długiej podróży.
Przez okna, zasłonięte pożółkłymi ze starości kotarami, próbowały wedrzeć się do środka promienie słońca, co Amelię, osóbkę z natury pogodną, od razu nastawiło pozytywnie. I do poranka, i do pokoju, który dał jej przytulenie w ciemną noc, i do domu, który ponoć należał do niej, a wreszcie do miasteczka, które od dziś miało być jej miasteczkiem. Zabajka ― tak się nazywało. Nie mogło nazywać się piękniej.
Amelia, nie namyślając się ani chwili dłużej, wyskoczyła z łóżka, przebiegła przez pokój i korytarz, otworzyła na oścież przeszklone drzwi, stanęła na schodkach i… zamarła na chwilę, chłonąc piękno otoczenia wszystkimi zmysłami, a potem nabrała do płuc pachnącego majem powietrza i krzyknęła na cały głos:
― Goooood moooorning, Zabajko!
Życie w Zabajce zamarło na parę chwil.
Wszyscy, którzy akurat byli na rynku, zwrócili zaskoczone spojrzenia ku jednej z kamieniczek, na której progu stała nieznajoma dziewczyna.
Kobietom od razu rzuciła się w oczy jej niecodzienna uroda: lśniące, czarne włosy, duże oczy, okolone długimi rzęsami i smagła cera. Mężczyźni nie mogli nie zauważyć zgrabnej, szczupłej sylwetki, odzianej w… no tak, w nocną koszulę. Nie było nikogo, kto nie uniósłby w tym momencie brwi ze zdumienia.
A Amelia pomachała im wszystkim, krzyknęła: ― Chciałam się tylko przywitać! ― i… już jej nie było. Zamknęła za sobą drzwi, oparła się o nie plecami, zaśmiała się do siebie, po czym ― skoro z Zabajką zawarła już znajomość ― ruszyła na zwiedzanie domu.
Kamieniczka, w której przyszło jej zamieszkać, była z obu stron przytulona do dwóch innych, może i podobnych, ale na pewno nie tak uroczych, jak to od razu stwierdziła Amelia.
Na parterze, od którego Amelia rozpoczęła swój rekonesans, mieściło się duże pomieszczenie, rozświetlone promieniami słońca, wpadającymi przez ogromne frontowe okna. Kiedyś musiał być to sklep, może kawiarenka, albo apteka, bo pod ścianą stał kredens z licznymi półkami i przeszkloną gablotką, a przed nim długa i szeroka lada, pokryta warstwą kurzu. Amelia, nie zważając na ten kurz, przejechała po blacie dłonią. Zalśnił, odbijając słoneczne światło.
― Dobra, dawna robota ― szepnęła.
Tak jak lubiła stare domy z duszą, lubiła też stare sprzęty, które miały swoją historię. Ten taki właśnie był. Wykonany, być może na zamówienie pierwszych właścicieli, ręką rzemieślnika, który włożył w swą pracę nie tylko umiejętności, ale i serce. Sprowadzony właśnie tutaj, do małego sklepiku w Zabajce, może jeszcze w czasach dwudziestolecia międzywojennego, przez długie lata był nie tylko po prostu meblem. On ozdabiał i uszlachetniał tę pełną słońca, przytulną, choć teraz może i zaniedbaną przestrzeń. Czy jakakolwiek fabryczna sklejka z Ikei potrafiłaby to samo? Na pewno nie - Amelia uśmiechnęła się, czując pod dłonią ciepłą i gładką powierzchnię blatu. Już wiedziała, że pokocha ten dom…
Pogrążona w rozmyślaniach o czasie, który bezpowrotnie przeminął, ostatnim spojrzeniem ogarnęła sklepik na parterze i ruszyła na dalsze zwiedzanie, wychodząc na korytarz.
Po drugiej jego stronie znajdowało się maleńkie mieszkanko, ot pokoik z kuchnią i łazienką, w którym to pokoiku Amelia spędziła noc. Spało jej się całkiem przyjemnie, jak na nowe miejsce, do którego dotarła w niecodziennych okolicznościach. W nocy niewiele widziała, niemal po omacku dotarła do łóżka, szczęśliwa, że ma gdzie głowę przytulić, teraz więc – żeby już całkiem rozproszyć ciemności – podeszła do okna i jednym szarpnięciem, jak na filmach, rozsunęła… rozsunęłaby zasłony, gdyby karnisz nie runął z hukiem na podłogę. Dziewczyna uskoczyła naprawdę w ostatnim momencie, bo znów musieliby jej głowę zszywać…
Spojrzała na zniszczone i niemiłosiernie zakurzone zasłony, które zostały jej w ręku i… zaśmiała się cicho, choć kto inny, ledwo uszedłszy z życiem, pewnie rzuciłby przekleństwem. Ale nie Amelia. Dla niej samo to, że jednak nie oberwała żelastwem w głowę było powodem do radości. Parę tygodni temu nie miała tyle szczęścia…
Odrzuciła zasłony na podłogę, przyrzekając sobie, że jeszcze dziś kupi nowe, i otworzyła okno na całą szerokość, wyglądając z ciekawością na zewnątrz.
Ogródek! Niewielki i zaniedbany, ale jednak ogródek! Jej własny, otoczony z trzech stron wysokim płotem, dzięki czemu do środka nie będą zaglądać sąsiedzi, stanie się za kilka tygodni romantycznym zakątkiem, o jakim zawsze marzyła! Marzyła? Chyba tak… Nie mogła sobie przypomnieć takiego marzenia, bo nie pamiętała kompletnie nic, ale która dziewczyna nie chciałabym mieć choć kawałeczka własnego tajemniczego ogrodu?
Amelia chciała.
Stanowczo!
Coraz bardziej oczarowana kamieniczką wróciła na korytarz, skąd wiodły schody na piętro. Tam dziewczynę zachwycił duży i jasny ― mimo okien niemytych chyba od stuleci ― salon. Ściany miał może przybrudzone i malowane w wyblakłe szlaczki, ale kto by się tym przejmował, skoro podłogę wyłożono dębowym parkietem a dwuskrzydłowe szklane drzwi, od sufitu do podłogi, prowadziły na ciągnący się przez całą szerokość domu balkon z ręcznie kutą, żeliwną balustradą. Amelia oczywiście wyszła na zewnątrz, zupełnie nie przejmując się tym, że znów ukazuje się Zabajczanom w nocnej koszuli. Tym razem, niczym Julia, na balkonie…
Uśmiechnęła się, obróciła na pięcie i zniknęła w środku. Trzeba było przecież zwiedzić resztę domu.
Z salonu przechodziło się do sypialni, która także posiadała niewielki balkon, i dużej jasnej kuchnia. Wszystkie te pomieszczenia miały okna wychodzące na ogródek, tak samo zaniedbany – stąd było to boleśnie widoczne - jak cały dom. Od czego są jednak dobre chęci? Tych Amelia miała pod dostatkiem...
Zerknęła jeszcze do sporej łazienki, w której królowała stara wanna na wygiętych nóżkach, stojąca pod oknem również wychodzącym na zieleń, i wróciła na korytarz.
Piętro Amelię oczarowało. Bez dwóch zdań.
Poddasze, tajemnicze i zakurzone, gdzie zajrzała na chwilę ― również. Nie zdążyła jednak dokładnie zwiedzić i jego, bo do drzwi na parterze zapukano głośno i stanowczo.
Amelia zbiegła po schodach, złapała swoją kurtkę, którą w nocy zostawiła na pierwszym stopniu, narzuciła ją na nocną koszulę i otworzyła drzwi na całą szerokość.
Na progu stały dwie starsze kobiety i trzecią, nieco młodszą.
- Goście, goście, mili goście! – zanuciła i szerokim gestem zapraszając je do środka.
Spojrzały na siebie, zmieszane tą nieudawanea serdecznością i uśmiechem w oczach dziewczyny, ale nie odpowiedziały tym samym.
― Dzień dobry ― odezwała się suchym tonem pierwsza z nich. ― Jestem Olena Ryska, wójtowa.
― Amelia ― powiedziała Amelia.
― Emilia Kurz ― przedstawiła się druga z kobiet. ― Radna.
― A ja ― wskazała na siebie trzecia, jakby Amelia żywiła podejrzenia, że mówi o kim innym ― Magda Wiesławska, gospodyni domowa.
Dziewczyna powtórzyła swoje: ― Amelia ― i… no właśnie, dokąd poprowadzić gości? Żaden z pokojów nie nadawał się na najskromniejszy choćby poczęstunek. Dom potrzebował porządnego sprzątania, a nie wizyt tutejszych kumoszek, które nie omieszkałyby potem skrytykować gospodyni. Ta zresztą nie miała nawet herbaty, że o ciasteczkach do niej nie wspomnieć. Trzy gracje, stojące na progu kamieniczki może i przymknęłyby oko na nieporządek – bądź co bądź Amelia wprowadziła się dopiero wczoraj, i to w nocy – ale jakoś nie wyobrażała sobie, by posadzić je przy pustym (zakurzonym do tego) stole i konwersować parę kwadransów nad szklankami wody z kranu (bo czajnika, żeby ją chociaż przegotować, nie zauważyła…).
Nieco skonsternowana spojrzała na stojące pod drzwiami kobiety.
― Przepraszam, ale nie mam czym pań ugościć.
― Ależ my tylko na chwilkę! ― Olena, wójtowa, zamachała rękami. ― Nie turbuj się, kochana. Po prostu ten dom stał pusty od paru ładnych lat. Prawdą jest, że gdy tu nastałam, już w nim nikt nie mieszkał, aż nagle zjawiasz się ty, moja kochana, i w negliżu pozdrawiasz nas niczym papież jakiś.
Jeśli liczyła, że tym dziewczynę zawstydzi, to musiała się rozczarować. Amelia parsknęła śmiechem i odparła:
― Tak. Czasem bywam zbyt spontaniczna. Ale tak mi się ten dom i to miasteczko spodobało… Musiałam, po prostu musiałam wyskoczyć z tym „Gooood moooorning…”!
Magda, gospodyni domowa, uśmiechnęła się mimowolnie, ale uśmiech ten zgasł natychmiast pod surowym spojrzeniem wójtowej. Ta ciągnęła dalej:
― Wiedz, kochana, że nie jesteśmy tu zwyczajni obcych, szczególnie tak… ekstrawaganckich… ― obrzuciła Amelię i jej nocną koszulę spojrzeniem pełnym dezaprobaty.
― Ekstrawaganckich? ― zdumiała się dziewczyna, patrząc po sobie. ― Nie używacie tutaj nocnych koszul?
― Używamy, a jakże, jednak nie biegamy w nich po ulicy!
― Ja też nie  ― uspokoiła ją Amelia. ― Ale na schodkach własnego domu mogę się w niej czasem pojawić. Rzadko ― dodała natychmiast, widząc zgorszoną minę wójtowej.
― Opalać się topless na balkonie, moja kochana, nie będziesz? ― to nie było pytanie, raczej groźba, ale Amelia zupełnie się tym nie przejęła.
― To nie w moim stylu ― stwierdziła z udaną powagą. ― Za to cała reszta, owszem. Dom jest naprawdę piękny, a miasteczko sprawia wrażenie bardzo sympatyczne.
― I takie jest ― zapewniła Magda, nic sobie nie robiąc ze spojrzeń wójtowej.
― No cóż, witamy w Zabajce ― w głosie Oleny nie było jednak entuzjazmu. ― A skoro już tu jesteś, moja kochana, nie będziesz więcej siała zgorszenia, prawda?
Amelia odpowiedziała z głębokim przekonaniem:
― Będę. Stanowczo będę.

Kobiety poszły sobie ― Olena urażona do żywego ― więc Amelia mogła powrócić do zapoznawania się z domem...
Musi znaleźć czajnik, najlepiej elektryczny, kubek i jakieś sztućce. Może gdzieś… w kącie kredensu… poniewiera się choć jedna marna torebeczka herbaty?
Tak, to było w tej chwili największe marzenie Amelii - skromne, prawda? – łyk gorącego, aromatycznego earl grey’a ― może i cukier jakiś się znajdzie? ― ale nie była jeszcze gotowa wyjść na zewnątrz i zrobić zakupy w najbliższym sklepie. Jeszcze nie. Najpierw musi oswoić swój nowy dom.
Zrobiła krok w kierunku schodów na piętro, tam gdzie znajdowała się porządna kuchnia z pięknym, starym kredensem, który na pewno skrywał jakieś tajemnice, gdy… ponownie rozległo się pukanie do drzwi.
Amelia przewróciła oczami, ale bez złości ― ona nie potrafiła się złościć z tak błahego powodu, jak niezapowiedziane odwiedziny tubylców, ciekawych nowej mieszkanki ― i zawróciła, by otworzyć.
Tym razem na progu stała dwie kobiety, a właściwie kobieta, z pięć lat od Amelii starsza i dziewczyna w jej wieku. Obie uśmiechały się znacznie przyjaźniej i serdeczniej, niż ich poprzedniczki, a o ich dobrych intencjach świadczył… pięknie opakowany prezent, który starsza właśnie wręczała zaskoczonej Amelii.
― Cześć, to dla ciebie. Przyszłyśmy się przywitać i upewnić, że po wizycie trzech gracji nie myślisz o ucieczce z Zabajki.
― Trzech smoczyc, chciałaś rzec – sprostowała z uśmiechem młodsza z kobiet. ― Ja jestem Tosia, przedszkolanka. ― To mówiąc objęła Amelię, jakby znały się dłużej niż trzy minuty i cmoknęła w policzek. ― A to cierń w oku wójtowej, niepokorna, nieco szalona Ksenia ― dodała, wskazując na swoją towarzyszkę, która uniosła kącik ust w szelmowskim uśmiechu. ― Witaj w Zabajce.
Jej przyjaciółka o niezwykłym imieniu przywitała się z Amelią równie serdecznie.
― Ty jesteś Amelia, to już wiemy. Całe miasteczko już wie. Olena zaraz za progiem oznajmiła, że „z tą Amelią będą same kłopoty, ja to wiem, moja kochana”. Ale ty nie wyglądasz na zbyt kłopotliwą laskę. To, że witasz świat słynnym „Goood moooorning, Vietnam”…
― …w nocnej koszuli… ― wpadła jej w słowo Tosia i parsknęła śmiechem.
― W nocnej koszuli… ― Ksenia zaśmiała się również.
― Bywam spontaniczna ― wyznała Amelia, zawstydzona. ― Czasem zbyt spontaniczna. Poczułam takie szczęście, że mam się gdzie podziać… Musiałam, po prostu musiałam to wykrzyczeć prosto z serca.
Obie pokiwały ze zrozumieniem głowami. One też przybyły do Zabajki z innych rejonów Polski po długich poszukiwaniach miejsca, które będzie t y m miejscem. I to miasteczko, nim nastały rządy Oleny Ryskiej, rzeczywiście takie było.
― Nie tylko masz się gdzie podziać, laska, ale podziewasz się w najładniejszej chyba kamieniczce ze wszystkich na rynku. Zawsze chciałam ją kupić, ale stary drań Cichocki odmawiał. Nie wiem, jak ci się udało go przekonać…
― Stary drań Cichocki? ― powtórzyła za nią Amelia, nagle poważniejąc, a potem włożyła rękę do kieszeni kurtki i wyciągnęła otwartą, białą kopertę. Podała ją Kseni.
Kobieta zmarszczyła brwi, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, spojrzała pytająco na Amelię, a gdy ta skinęła głową, z ciekawością zajrzała do środka, wyjęła złożoną na czworo kartkę, na której ktoś napisał parę zdań równym, męskim charakterem, i przeczytała:

Najdroższa „Amelio”,



Oto klucze do Twojego nowego domu. Adres: Rynek 3, Zabajka k. Chojnic.

Mam nadzieję, że będziesz w nim szczęśliwa.

Jeśli Ci się spodoba, po roku zostaniesz jego właścicielką.

                                                                 

                                                                               Twój T.



PS. W załączeniu nieco grosza na dobry początek.

Ksenia skończyła czytać na głos ten krótki, acz treściwy list i uniosła wzrok na dziewczynę. Ta stała bez ruchu, wpatrując się w kartkę spojrzeniem tak intensywnym, jakby chciała wyczytać z niej coś więcej.
― Kim jest T.? ― zapytała naraz nieswoim głosem i przeniosła wzrok z listu na obie kobiety. Blask, który jeszcze przed chwilą rozświetlał jej źrenice, zgasł. W czarnych oczach, dotychczas pełnych radości życia, dojrzały nagle niepewność i zagubienie.
― Nie wiesz tego? ― zdziwiła się Ksenia.
Dziewczyna pokręciła głową.
― Nie wiesz, od kogo dostałaś dom?! Taki dom?! ― wykrzyknęła Tosia, nie posiadając się ze zdumienia.
― Może to dziwne, hmm… nawet nie może, a na pewno, ale ja w ogóle niewiele wiem ― odparła cicho Amelia.
Odwróciła się do nich tyłem, pochyliła głowę i odgarnęła włosy. U ich nasady biegła ledwo zagojona, paskudna rana, zszyta wieloma szwami.
Ksenia z Tosią wciągnęły powietrze.
Dziewczyna znów na nie patrzyła.
― Ocknęłam się całkiem niedawno, po dwóch tygodniach śpiączki, w bydgoskim szpitalu. Znaleziono mnie półżywą na poboczu drogi i tam właśnie zawieziono. Nie miałam przy sobie torebki, nie miałam dokumentów, tylko tę kopertę w kieszeni kurtki. I rozwaloną czymś ciężkim głowę. Nie pamiętam zupełnie nic. Nie wiem, jak mam na imię i nazwisko. Mogłabym wnioskować z tego listu, że Amelia, ale nawet ono jest w cudzysłowie…
Słuchały jej z rosnącą zgrozą i współczuciem. Zostać napadniętą! Stracić pamięć! Zupełnie!
― Miałam nadzieję, że gdy tu przyjadę, poznam owego T. i on powie mi przynajmniej, jak się nazywam, ale… dom był pusty. Czy właściciel, ten Cichocki, o którym wspomniałaś, ma imię zaczynające się na T.? ― zapytała Ksenię niemal błagalnie, ale ona odparła, kręcąc głową:
― Na Z. jak Zbyszek.
Amelia, która być może Amelią nie była, posmutniała.
Tosia pogładziła ją serdecznie po ramieniu.
― Odnajdziesz swojego T. Na pewno. Pamięć wróci sama. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze, a na razie przyjmij ten skromny poczęstunek. ― Wyjęła z rąk Kseni prezent, który ta, ku swemu zdumieniu, cały czas trzymała w rękach, i wręczyła go Amelii. – Pomyślałyśmy, że w starym domu, opuszczonym od lat, nie znajdziesz niczego na osłodę, więc proszę.
Amelia z wdzięcznością przyjęła spakowane naprędce, ale i tak ładnie przyozdobione wstążką pudełko, zajrzała do środka i… oczy zwilgotniały jej ze wzruszenia: wszystko, o czym marzyła od samego rana, znajdowało się tutaj, w tej skromnej paczuszce: paczka earl grey’a, kawałek pięknie pachnącego ciasta, słoiczek miodu, mała, śliczna filiżanka, talerzyk i łyżeczka.
― To na powitanie ― odezwała się Ksenia, wyraźnie poruszona łzami w oczach dziewczyny.
― Nawet nie wiecie, jak bardzo marzyłam o kawałku ciasta do herbaty właśnie dziś, pierwszego dnia w nowym domu. Kosztowanego na balkonie z widokiem na ogródek. W przemiłym towarzystwie nowych sąsiadek…
Tosia uśmiechnęła się ze zrozumieniem, ale odrzekła:
― Ja muszę biec do przedszkola, do moich urwisów, Ksenia wyrwała się z apteki na te parę minut, lecz ty zjedz śniadanie i wypij herbatę także za nas, okej?
Amelia kiwnęła głową i ― już wiedząc, że zostaną przyjaciółkami na śmierć i życie ― wszystkie trzy pożegnały się serdecznie.
Została sama, ze słońcem w oczach i nadzieją w sercu.
Teraz posili się porządnie, potem zajmie się domem, a gdy wypucuje go na błysk, przyjdzie pora na poszukiwanie T., kimkolwiek by nie był i… własnej zagubionej tożsamości. Może zresztą pamięć wróci sama? Już całkiem niedługo?
Amelia była przecież drimerką, a o przypomnieniu sobie kim jest, marzyła w tej chwili najbardziej na świecie…

16 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Amelia" nie należy do serii poczekajkowej. Słowa "drimerka" używam w wielu powieściach.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Super! :) A ja mam pytanie: Czy te rozdziały co były w "Kawiarence pod Różą" to znajdują się również w "Amelii" ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Amelia" zaczyna się trzema (rozwiniętymi) rozdziałami z "Kawiarenki", potem jest cała historia i na zakończenie rozwiązanie wszystkich zagadek.

      Usuń
    2. Nawet pani nie wie jak się cieszę mam nadzieję, że teraz już szybciej pojawi się Amelia, bo po zakończeniu Kawiarenki strasznie chciałam czytać więcej ;)

      Usuń
  3. Pierwszy rozdział mega mi się podoba i teraz jeszcze bardziej nie mogę się doczekać całej "Amelii". ;)
    Pozdrawiam. :**

    OdpowiedzUsuń
  4. O jejku! Ale się cieszę! W końcu przeczytam Książkę mojej Kochanej autorki! Pozdrawiam serdecznie Pani Kasiu!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapowiada się interesująco :) Nie mogę się już doczekać całości.Proszę mi przypomnieć ...Kiedy się ukarze? Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. A czy koniecznie trzeba zacząć czytać od "Kawiarenki...", czy "Amelia" jest kontynuacją, czy te książki można czytać każdą z osobna?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W "Amelii" są opowiadania z Kawiarenki, bo to początek całej opowieści, można więc te dwie książki czytać osobno.

      Usuń
  7. "Kawiarenkę pod różą" pochłonęłam, i nie mogłam się doczekać Ameli, aby rozwiązać zagadki z przeszłości Amelii, więc jak tylko się ukaże ruszam na poszukiwania po Empikach

    OdpowiedzUsuń
  8. I to jest to co w Pani książkach lubię Pani Kasiu , że wciąga na maksa od pierwszej strony i nie sposób odłożyć jej na półkę nie czytając do końca :) Jak ja wytrzymam do premiery ? Będzie ciężko .

    OdpowiedzUsuń