wtorek, 6 stycznia 2015

Dzień, który zmienił Twoje życie...


Są takie chwile, gdy nasze życie - to oswojone i znane, które wydawało nam się niezmienne - nagle staje na głowie, robi zwrot o 180 stopni, pryska niczym mydlana bańka...

Czasami prowadzi to do tragedii, albo jest tragedią, czasami - szczególnie z perspektywy czasu - okazuje się, że zmiana wyszła nam na dobre (a w moim przypadku na świetne, dzięki ci, Losie, za tamten dzień...).

Myślę, że największym wstrząsem a takich chwilach jest sam fakt nagłej, gwałtownej zmiany. My nie lubimy zmian. Szczególnie niezapowiedzianych. Lubimy gdy nasze życie toczy się z góry ustalonym torem. Oczywiście tak niespokojne duchy jak ja potrafią z dnia na dzień znaleźć się na drugiej półkuli, "bo tam mnie jeszcze nie było", ale... powiedzmy że to moja spontaniczność. To lubię. Gdyby mnie jednak porwano i na drugą półkulę wywieziono... Czujecie różnicę?

Może to kwestia kontroli nad swoim życiem i jej braku? Gdy ja tracę kontrolę, wpadam w panikę. A nim ową panikę opanuję i odnajdę się w nowej rzeczywistości, zahaczam o depresję.

A jak to jest z Wami?
Miałyście w życiu taki dzień, taką noc, taki moment, który zmienił dosłownie wszystko? Jeżeli chcecie, podzielcie się tym ze mną. Z chęcią wysłucham Waszych opowieści. Tylko pliss, niech kończą się happy endem, jak u mnie...

14 komentarzy:

  1. Ja kontrolę nad swoimi emocjami straciłam w dniu, w którym dowiedziałam się o ciąży. Cieszyłam się, jak diabli. Jednak... Terminacja. Te słowa usłyszałam od lekarza. Mój świat się zawalił. Przestał istnieć. Chcesz happy end, zajrzyj http://www.jusssi.pl/2014/12/bo-szczesliwe-zakonczenia-sie-zdarzaja.html

    Kasiu, przygotowujesz się do nowej książki?

    OdpowiedzUsuń
  2. w przeddzień 18 urodzin dostałam ataku paniki ,niemal z dnia na dzień przestalam wychodzić z domu trwalo to 2 lata epizod agorafobii skonczyl się pobytem na oddziale psychonerwic ale późniejsze lata pomogly mi odkryc jaka jestem wbrew pozorom silna i trafic na wspaniałych ludzi a także zweryfikować termin przyjaciel pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Odeszłam od alkoholika,wyprowadziłam się,oddałam pierścionek zaręczynowy. Oto początek mojego Nowego Szczęśliwego życia!

    OdpowiedzUsuń
  4. 19 listopada, tego dnia nigdy nie zapomnę...
    Byłam w szpitalu na zwyczajnym zabiegu laparoskopii. Kiedy już mnie ponacinali okazało się, że sprzęt się zepsuł. Z zabiegu (operacji), która miała trwać max. 20-40 minut zrobiło się ponad 5 godzin. Mama na korytarzu cały czas czekała nie wiedząc co się dzieje. Sprowadzili sprzęt zastępczy z innego szpitala, ja niczego nieświadoma dalej byłam pod narkozą. Zabieg się udał... Kiedy się obudziłam czułam straszny ból, pomyślałam sobie, że pewnie musi boleć. Tylko coś mi nie pasowało. Mama stała na korytarzu za zamkniętymi drzwiami z ordynatorem i innymi lekarzami, ale przez cały czas płakała. Minął jeden dzień, zostałam zmuszona do chodzenia, więc wymiotując żółcią mama wręcz niosła mnie, bo tego nie można nazwać chodzeniem, ale skoro lekarz kazał to widocznie tak musi być. Czułam się okropnie, ale miałam opiekę rodziny. Drugiego dnia nie mogłam znaleźć pozycji, w której nie bolałby mnie brzuch. Nagle poczułam jak ból odchodzi... Miałam wylew wewnętrzny. Zostałam podłączona do różnych aparatur, dostałam kilka jednostek krwi i osocza. Kiedy się obudziłam zobaczyłam, że stoi nade mną ordynator, wszyscy lekarze i pielęgniarki, nie wiedziałam co się dzieje. Kiedy zjawili się moi rodzice zobaczyli mnie nieprzytomną, mnóstwo osób przy moim łóżku i całą podłogę we krwi...
    Nie mogłam chodzić, wszystko mnie bolało, kiedy ktoś mnie odwiedzał, nie miałam siły otworzyć oczu... Przez cały czas ktoś przy mnie czuwał, rodzina ofiarowała się, że może oddać krew jak będzie tylko taka potrzeba. Przez kilka dni nie widziałam taty, bo przychodził późnym wieczorem, kiedy się zjawiał ja już spałam. Tacie było przykro, że nie może ze mną porozmawiać, dlatego kiedy tylko się o tym dowiedziałam spałam w dzień, a wieczorami czekałam na jego przyjście. Tak przeleżałam kilka dni. Kiedy wstałam już z łóżka czułam, że coś mnie boli... Lekarz, który zdejmował mi szwy powiedział do mnie: "Nie udawaj, bo wiem, że robisz to specjalnie! Chcesz tu zostać na święta, mnie nie oszukasz!". Od tamtej pory już nic nie powiedziałam, chciałam wyjść jak najszybciej ze szpitala. Dla mnie to był koszmar tam leżeć... Jednak lekarka, która się mną opiekowała zleciła w piątek wszystkie badania kontrole, bo wymusiła na mnie żebym powiedziała jej prawdę... W poniedziałek miałam wyjść. Spakowałam się, ubrałam i czekałam... Nie tak miało być. Kiedy zjawiła się mama krzyknęłam tylko do niej "Mamo ja tu nie zostanę dłużej!" i zaraz po tym poprosił ją lekarz ten, który twierdził, że udaję. W mojej sali pojawił się on, mama i pielęgniarka. Z badań wynikało, że mam ostre zapalenie płuc... Jedno płuco nie działało wcale stąd ten ból. Płakałam, chciałam być już w domu, nikt nie mógł mnie namówić na pozostanie w szpitalu. Aż pojawiła się pani doktor z innego oddziału, która wytłumaczyła mi, że jeżeli natychmiast nie dostanę trzech antybiotyków dożylnie, to i tak tu wrócę, ale będę miała mniejsze szanse... Zostałam w szpitalu, tam się podleczyłam i wyszłam 7 grudnia do domu już ostatecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cała ta historia ma happy end, bo ja żyję, jestem zdrowa, a to wszystko było dla mnie nauką. Wiem, że mogę liczyć na rodzinę i bliskich. Wiem, że się zmieniłam od tamtej pory. Zaczęłam doceniać każdy dzień, każdą chwilę, bo mało brakowało bym znalazła się po drugiej stronie.
    Nawet nie wyobrażałam sobie, co musieli przejść moi rodzice. Obiecałam sobie, że już nigdy nie będą przeze mnie cierpieli.
    Nie pamiętam tak naprawdę większości z tych szczegółów, a o tym, że sprzęt popsuł się podczas zabiegu i że miałam wylew dowiedziałam się od mamy kilka miesięcy później...
    Moi rodzice nie wytoczyli sprawy lekarzowi/szpitalowi.
    Tata przyrzekał, że jeżeli wyjdę zdrowa z tego wszystkiego, to nie będzie wyciągał konsekwencji.
    Nie wiem, ale ja pewnie zawalczyłabym o to, co mi tam zrobiono. Ordynator wiedział, że ma stary, psujący sprzęt, a mimo to zgodził się na zabieg. Leżałam w zimnej sali operacyjnej, przez co dostałam zapalenia płuc. Miałam wielki żal do niego... po kilku latach dowiedziałam się z gazety, że zmarł. Nie powinnam była tego poczuć, ale poczułam ulgę. Nie dlatego, że nie było mi go szkoda, ale dlatego, że już nigdy więcej nie skrzywdzi nikogo tak jak mnie. Oczywiście byłam zła na siebie za te myśli, ale to wszystko tak głęboko we mnie siedziało, że nie miałam na to wpływu. Teraz się za to wstydzę...
    Jedno jest pewne, od tej historii minęło już pięć lat, zabieg miałam w wieku 17 lat. Gdyby nie to, co się tam stało możliwe, że byłabym innym człowiekiem... Nigdy nie przestanę dziękować, za to, że ta historia skończyła się dobrze dla mnie i moich bliskich. Dziś rodzina jest moją największą wartością. Uraz do szpitali i lekarzy pozostał, ale teraz nie boję się mówić prawdy, bo życie ludzkie jest zbyt cenne, by je stracić przez czyjeś oskarżenia...

    OdpowiedzUsuń
  6. Przyznam się Wam, że jak czytam te wpisy i historie, to włos mi się jeży na głowie.
    Gdzie ci prawdziwi lekarze...? Z powołania...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba jeszcze na takich nie trafiłam, ale cały czas mam nadzieję, że oni istnieją...

      Usuń
  7. Dniem, który zmienił całe moje życie była wieść o ciąży w wieku niespełna 18 lat.... bałam się cholernie, przede mną matura, studia, pierwsza praca i mnóstwo niewiadomych.... ale teraz jestem szczęśliwą mężatką, panią magister i matką mojego już prawie 7letniego syna! Do pełni szczęścia brakuje mi tylko wymarzonej pracy! Czasem los wie lepiej co dla nas dobre!

    OdpowiedzUsuń
  8. Diagnoza białaczka... Miesiące w szpitalu, bywało różnie, ale personel jak w Leśnej Górze. Przeszczep, niech szczęśliwi będą Ci, którzy dzielą się czymś bezcennym - oddają krew i szpik. To już ponad trzy lata- żyję i zamierzam żyć długo.
    Nic nie dzieje się bez powodu, w szpitalu zaczytałam się w Kasi i tak już zostało.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dla mnie był to dzień, w którym zmarł mój mąż. I to dla mnie był happy end i początek nowego życia. Życie przez poprzednie kilka lat było koszmarem, alkoholizm, awantury, wyrywanie drzwi, zwidy, majaki... po sekcji okazało się, że miał raka wszystkiego... mózg zjedzony, udusił go guz w klatce piersiowej. To nie wina lekarzy, nigdy nie chciał dać się zbadać, do szpitala zaciągnęłyśmy go na siłę z mamą jak już naprawdę było źle. A rak w mózgu podziałał mu na psychikę... nikomu nie życzę. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć.

    OdpowiedzUsuń
  10. Warto pamiętać tylko dobre chwile

    OdpowiedzUsuń
  11. ...prawie rok temu powiedziałam czemuś "dość".. Spakowałam się w nocy i wyjechałam z domu. Miałam dość osoby, która zniszczyła moją rodzinę.. A życie mi pokazało, że "z rodziną najlepiej na zdjęciu"... że krzykactwo, chamstwo i arogancja wygrywają zawsze. Zostawiłam prawie wszystko, teraz zaczynam od nowa, prawie od zera.. Niestety/stety nauczyłam się, że czasem pomagając komuś, ten ktoś może nam wbić nóż w plecy..

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie opowiem, choć bardzo bym chciała, ku przestrodze, bo moja historia - jedna chwila pewnego październikowego wieczoru zmieniła cały mój świat bezpowrotnie i nie ma happy endu, zatem milczę, może kiedyś przyjdzie czas moją opowieść.

    OdpowiedzUsuń