poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Psy, czy koty? Czyli co kochacie plus mały fragmencik Opowieści

Ponoć dzielimy się na psianki i kocianki. Ja, do czasów Whisky (i nie mówię tu o alkoholu), myślałam, że jestem zagorzałą psianką, Whiskas zrewidowała moje poglądy na ten temat. Poniżej, specjalnie dla Was, krótkie opowiadanie (nieco dłużej napiszę o mojej pierwszej kotce w "Opowieściach o zwierzętach". I pytanie, moje drogie Czytelniczki: co kochacie bardziej - psy, czy koty? O, a może konie? Albo... no nie wiem, węże? Ptaki? Każdy, kto kocha zwierzęta, ma jakieś ulubione... Wypowiedzcie się więc.
Oto opowieść o Whisky...

PS. Kurczę, mam łzy w oczach, gdy patrzę na to zdjęcie. Bardzo, bardzo chciałabym, by była z nami.


Niektóre istoty, choć małe ciałem, a wielkie duchem, nie odejdą w zapomnienie.


Whisky


Jako lekarz nazywana byłam niekiedy "zaklinaczką kotów", mimo, że zawsze wolałam psy. Nic na to nie mogłam poradzić. Ludzie dzielą się na psiarzy i kociarzy, ja należałam do tych pierwszych.
Miłości do kotów nauczyłam mnie Whisky.

Znalazłam ją wracając wieczorem do domu. Wisiała w reklamówce w śmietniku i nadawała cichutkie, żałosne s.o.s. Nawet nie wiedziałam co ratuję, bo było ciemno. W domu okazało się, że jest to coś gatunku nieokreślonego, maści srebrno-pręgowanej i wielkości chomika. Plus ogon. Chyba ogon…
Walczyłam o życie tego ufo kilka dni, bo w stanie było agonalnym. Mój synek - wtedy już sześcioletni - dzielnie mnie wspierał, budząc w nocy, bym podała temu czemuś kroplówkę. Udało się.
Whisky miała się nazywać jakoś pięknie, nie jak szkocka wódka przecież!, tak jak na grafitowo-srebrną złotooką potencjalną piękność przystało, i na początku, póki biegała za nami - czterotygodniowe kocię na nóżkach jak patyczki i z tym ogonkiem jak u szczurka - chyba nawet pięknie się nazywała. Pamiętam tylko że trzeba było uważać, by jej nie zdeptać, co czasem się zdarzało - Whisky trzymała się blisko nas i biegała między nogami, a była dosłownie wielkości dłoni. Gdy w końcu upewniłam się, że to kot, a nie coś, zaczęliśmy wołać na nią Whiskas, bo była jak dwie krople wody podobna do kota z reklamy, i w końcu została Whisky. Trochę było mi potem głupio wołać ją na noc do domu, drąc się na pół wsi: "Whisky!!!".
Whiskasa kochaliśmy bardzo, a ona kochała nas. Była kotem tak spsionym, że potrafiła nawet aportować. Najszczęśliwsza była nie na dworzu, gdzie miała cały ogród dla siebie, a przy mnie albo moim synku. Choć nie było w niej ni grama agresji, a do mnie zaufanie miała absolutne - gdy musiałam jej dać jakiś zastrzyk, chwytała mnie obiema łapami za dłoń, wbijała zęby i mówiła: "sorry, ja tylko tak muszę sobie potrzymać, chcesz, to rób co chcesz, możesz nawet urwać mi tę łapę, ale wolałabym byś obcięła tylko pazury" - była pierwszym i jedynym zwierzęciem, który mnie poharatał, a ja go za ta nawet nie skarciłam: kiedyś pogonił ją na naszym podwórku jakiś pies sąsiadki i kot w panice zaczął się wspinać po sośnie, a ja w panice złapałam kota. I wtedy Whisky, myśląc, że dorwał ją ten pies, wbiła mi się zębami w dłoń. Ale tak porządnie, aż zawisła mi na tej ręce. Ludzie kochani, jak to bolało... Gdy udało mi się ją strzepnąć (wcale to a wcale nie zalałam się krwią) chwyciłam ją, przytuliłam, a ona zaczęła się skarżyć po swojemu na tego ohydnego kundla… Od tego czasu sąsiadka nie miała wstępnu do naszego ogrodu. Sorry, ale Whisky była dla mnie ważniejsza.
Niedługo po tym wydarzeniu nasza kotka pokazała się od najlepszej strony. Otóż na tyłach domu mój synek wykopał ziemiankę, do której zbierał pozrzucane pisklęta gawronów. Karmił je potem dziwnymi rzeczami typu dżdżownice, jak pisklęta się rozchodziły zbierał z powrotem, dopóki nie poodnajdywały się z dorosłymi gawronami.
Któregoś ranka strasznie lało. Mój synek dawno był na nogach, ja przysypiałam na pięterku. Słyszę w pewnym momencie, że człapie po schodach i… co widzę? W drzwiach stoi moje dziecko w sztormiaku, pod jedną pachą ma gawrona, pod drugą zwisa mu Whisky. Wszyscy troje mokrzy totalnie!
- Jakby co, mama - melduje moje dziecko - to jesteśmy w ziemiance.
Oniemiałam. Gawron i kot?! Wprawdzie Whiskas nigdy niczego nie upolował, bo kochał wszystko, co żyje, ale no to już nieprawdopodobne.
- Tylko pilnuj, synku - mówię, jak już odzyskałam głos - żeby Whisky nie zrobiła mu krzywdy.
- Spokojnie, mama - odpowiada dziecko już ze schodów - raz dostała dziobem po głowie i już nie próbuje.
Imaginujcie sobie: gawron wielkiego wyboru nie miał, ale kot owszem! Wcale nie musiał siedzieć w tej mokrej ziemiance, mając do wyboru suchy ciepły dom, mimo to siedzieli tam chyba do południa: dzieciak, kot i dwa gawrony...
Whisky kochały też dzieciaki ze wsi, które na początku patrzyły na nas jak na ufo: kot wpuszczany do domu i noszący obróżkę?! Potem, gdy okazało się, że ten kot jest czyściuśki, wypieszczony, że można go głaskać i nie udrapie, a jak się woła po imieniu, to przychodzi, Whisky miała grono fanów. Jednak w jej kocim życiu liczyliśmy się tylko my.

Whiskas zaginęła cztery lata temu.
Do dziś mamy z synkiem nadzieję, że nie rozszarpał jej pies, nie przejechał samochód, lecz ktoś przygarnął przepiękną, zadbaną kotkę w białej obróżce...

49 komentarzy:

  1. Hej:)
    szkoda że kotka zaginęła najgorsza ta świadomosc że nie wiadomo co z nią..ale może jeszcze kiedyś wróci..trzeba miec nadzieję..
    ja jestem psiara choc gdybym miała warunki mieszkaniowe większe pewnie kotek też by był..;)tyle że nie wiem czy moje psy by go zaakceptowały tzn. jedna na pewno ale ta druga hmm ciężko by było..;)ale taki pers..fajny by był:) bo mnie jakoś ciągnie do psów czy kotów kudłatych..:)
    za dziecka miałam jednocześnie psy, koty, rybki, chomiki oraz ptaszki, takie małe mini zoo;) w tej chwili mam dwa yorki i dwie świnki, jeszcze dwa lata temu mieszkała z nami rotka ale odeszła schorowana.. marzy mi się też berneńczyk ale to już może kiedyś jak będzie domek i ogródek...moja córa lubi konie i co tydzień spędza z nimi czas..a ja znów koni się obawiam..;)
    D-E

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dobrze czytać takie opowieści, tzn. o dobrych ludziach, dobrych dla zwierząt, szkoda tylko, że tych dobrych ludzi jest tak mało. Na wsi los psów jest godny pożałowania, na cóż przepisy, gdy nikt ich nie respektuje, nikt nie sprawdza jaką długośc ma łańcuch psa i czy jego miska jest pełna. Jak zmienić mentalność ludzi na wsi, by zrozumieli, że zwierzę czuje tak samo jak oni, tak samo się cieszy i tak samo odczuwa strach. Może by tak zamienić ich rolami i przywiązać do łańcucha? To byłaby metoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja wieś, Urle, jest wyjątkowa, bo tu ludzie dbają o psy. Gdy były mrozy bezpańskim wystawili budy z sianem. Naprawdę nie ma u nas zwierzaków na łańcuchach. Przynajmniej ja nie widziałam, ale też krótko tu mieszkam.

      Usuń
  3. Ja Cię .. popłakałam się ..;( dawno zginęła?? Kocham Koty mam swojego (proszę się nie śmiać z nazwy) Maciupka pierwotnie miała być Julią i była przez pierwszy dzień jednak z racji maleńkiego wyglądu zaczęliśmy nazywać "roboczo" Maciupek i już tak zostało .. Jest mądrą kotką taka nasza Dama :), i bardzo ale to bardzo jest podobna do Whisky .. nie mogę przeżyć ,że jej nie macie kurcze musi się znaleźć kotki potrafią wrócić po długim czasie. Może gdzieś zabłądziła albo komuś tak bardzo się spodobała ,że sobie ją podkradł :) Ja osobiście zapłakałabym się za moją ukochaną i nie wiem jakbym przeżyła stratę ale trzeba wierzyć ,że tam gdzie teraz przebywa jest szczęśliwa :) zawsze tak sobie tłumacze. Teraz będę myślała o waszej koteczce jeśli gdzieś do mnie przyjdzie zgubiona istotka i zareaguje na tak świetne imię od razu powiadomię !!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponad cztery lata temu zaginęła :( Płakaliśmy z synkiem bardzo i szukaliśmy długo...

      Usuń
  4. Sama nie wiem, które zwierzęta są najbliższe mojemu sercu. Kocham tak samo mocno psiaki, koty i konie.
    Nie ma wierniejszych stworzeń niż psy. Miałam 12 lat jak w domu moich rodziców pojawił się piesek. Mały kundelek z charakterem. Wielki pieszczoch i złośnik. Był z nami 17 lat, pod koniec już bardzo chory, ślepy i głuchy. Z tą samą psią miłością w mądrych ślipkach.
    Potem - gdy pierwszy raz "poszłam na swoje" był Szaman - śliczny husky. Opiekowałam się nim tylko przez 3 miesiące, potem musiałam znaleźć mu inny dom niestety..Płakałam za nim długo. Ale tak trzeba było wtedy.
    Zanim mój synuś pojawił się na świecie dużo czasu (i kasiory) poświęcałam koniom.
    Zaczytywałam się Monthym Robertsem, a nawet pojechałam na Torwar zobaczyć jak mistrz pracuje na żywo (niesamowite to było!).
    Kto wie jak to jest galopować konno przez las i poczuć tę jedność z tym wspaniałym zwierzęciem, będzie kochał konie do śmierci.
    Koty to prawdziwie magiczne stworzenia.
    Uspokajają swoim mruczeniem i wcieraniem się.
    Jednocześnie tajemnicze i fascynujące.
    Miałam czarno - białą kotkę Felicję. Wzięłam ją od koleżanki, której okociła się kotka na podwórku. Nie miała co z nią zrobić.
    Była z nami pół roku. Mam to nieszczęście mieszkać w bloku (póki co) i ona była dużo czasu sama. Szkoda mi jej było. Znalazłam więc dobrych ludzi z domem i ogrodem. Zamieszkała z nimi. Szybko się tam odnalazła i myślę że jest szczęśliwsza niż na tych 36 metrach betonu.
    Tam wychodzi i wraca kiedy chce. Jest wolna.
    Tęsknie za nią, ale myślę że to była dobra decyzja.
    Wiem też, że gdy tylko moja rodzina znajdzie swoje miejsce, poza miastem, będą u nas zwierzęta. Psy i koty na pewno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko Ci życzyć spełnienia marzeń...

      Usuń
  5. Nie umiem jednoznacznie określić się, które zwierzęta wolę bardziej od innych. Stąd np w moim domu jest już prawie pięcioletni pies, ponad dwuletni chomik a od trzech miesięcy mamy jeszcze kotkę [łącznie ma 5 m-cy], która jest prawie identyczna jak kotek na zamieszczonym zdjęciu - z różnicą, że nie ma skarpetek na łapkach :) jest cała srebrna w czarne pręgi :)
    Kocham chyba wszystkie zwierzęta. W swoim czasie moim marzeniem było zostać weterynarzem, ale niestety życie wytyczyło mi inną drogę :) Miłość do zwierząt wszelakich jednakże mi pozostała :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niełatwy zawód, bo oprócz miłości do zwierząt wymaga cierpliwości do ludzi...

      Usuń
  6. Zawsze byłam psiarzem. Nigdy jednak nie dane mi było mieć psa.

    Teraz mamy - wszyscy, tak rodzinnie - kota. Wałęsało sie to to po podwórku tygodniami. W końcu wyglądało tak marnie, że grzech było nie pomóc. No i tak już zostało.

    Ktos go chyba wyrzucił... i nie za dobrze traktował. Na początku bał się uniesionej ręki.

    Ten kot to nawet nie jest jak pies. Ciężko stwierdzić co to jest. Nie gryzie i nie drapie - nigdy. Do tego stopnia, że gdy trzeba go było odpchlić to nie bronił się przed kąpielą tylko piszczał żałośnie.

    Jest przemiły, łagodny i uwielbia głaskanie - pozwoliłby nam chyba na wszystko. Czasem mówię mu: "wiesz, że nie lubię kotów... fałszywe, wredne mendy - nie ma to jak pies! Ale Ciebie lubię, cholero".

    Niemniej tak naprawdę - pies czy kot, czy ptak, czy gryzoń -lubię wszystko co żywe bardziej niż ludzi ;D (i krzywdy im zrobić nie dam).

    OdpowiedzUsuń
  7. Na pewno ktoś przygarnął i kocha tak mocno, że nie da rady się rozstać! Ja jestem kociarą, odkąd przywieźliśmy malutką, czarną, zagubioną Henę do naszego domu..

    OdpowiedzUsuń
  8. Była jamniczkę długowłosą (piękna, ale cholernie wredna i głupia niestety, przegięła zdzierając całe (jak???) wyciszenie z drzwi wejściowych; rodzice stwierdzili, że lepiej jej będzie u znajomych, którzy mają ogród). Potem były rybki i parka zeberek. Później dostałam moje krówsko. Dla ścisłości - amstaffkę. Była maleńka i śliczna, nazwaliśmy ją Berta, ale od samego początku mówiłam na nią 'krówka'. Dorosła, krówskiem pozostała, nawet małe dzieci na osiedlu biegną za nią i wołają 'kjówka kjówka' :D Jest po prostu bezbłędna, w domu ma status najmłodszego dziecka. Jest totalnie rozpieszczona i zmanierowana, a do tego niesamowicie cwana i mądra. Co ważniejsze, w ogóle nie jest agresywna, a jak widzi koty to chciałaby się z nimi bawić. Nie bardzo chyba rozumie dlaczego one nie podzielają jej entuzjazmu. Generalnie to np. potrafi tupać przednią łapą jak jej się coś nie podoba, potrafi się obrazić - siada wtedy w kącie, tyłem do wszystkich i nie reaguje chociażby dawało jej się jej ulubione smakołyki, uwielbia jeździć samochodem, najlepiej na przednim siedzeniu, ma swój własny fotel w salonie i absolutnie nikt nie ma prawa na nim usiąść. Jeżeli kocyk na tym fotelu się podwinie to też będzie stała i tupała łapą, aż ktoś jej poprawi - na zmiętoszony nie wejdzie, krówko jedne. W zimę, gdy się z nią wychodzi na dwór patrzy z nadzieją w oczach jakby mówiła "serio? ja mam tam wyjść? na taaaaaki mróz? To może ja jeszcze troszkę potrzymam, co?" Jest bezbłędna i kochana, jest pupilkiem całego bloku i osiedla. Jedyny z nią problem że waży skromne 55 kg, a uwielbia się władować mi na kolana. Uwielbia też zabierać mi kołdrę i poduszkę, bo oczywiście nie ma mowy, żeby nie spała w łóżku. Potrafi też usiąść tyłkiem na kanapie (pokazałabym na zdjęciu, ale nie wiem czy się da tu wrzucić) - fajnie to czasami wygląda: na kanapie w salonie siedzę ja, siedzi moja mama i obok siedzi Berta. Dosłownie siedzi. A najbardziej ją uwielbiam, gdy wracam do domu a ona jest taka cała rozmerdana i dosłownie się do mnie uśmiecha. Dobrze, że ma uszy, bo czasami mam wrażenie, że uśmiech mógłby jej się złączyć gdzieś z tyłu głowy :o)
    Mieliśmy jeszcze myszkę Zosię, ale niestety zginęła śmiercią tragiczną przy czynnym współudziale Krowy. Berta reagowała na myszkę i zawsze gdy mama mówiła "Berta, gdzie jest Zosia?" Berta siedziała przy klatce i obserwowała myszkę. Z czasem niestety Zośka zaczęła przejawiać jakieś dziwne skłonności samobójcze, skakała z dużych wysokości w klatce itp., aż w końcu uciekła, a Berta chcąc się z nią pobawić, niestety, trąciła ją troszkę za mocno nosem. Widziałam to na własne oczy - niesamowite było, że Berta doskonale wiedziała, że coś zrobiła Zosi, patrzyła z takim lękiem w oczach, "że jak to? co się stało?" A potem długo leżała przy klatce Zośki i nie pozwalała do niej podejść.
    Kotów nie cierpię (może dlatego że miałam złe doświadczenie). Moja współlokatorka z czasów studenckich przyniosła kiedyś do domu kociaka. Czarne to było całe, taka kulka, z zielonymi oczami. Generalnie na początku było dobrze, ale później... Kot mając czysty żwirek srał, za przeproszeniem, obok kuwety, a jego pani nie robiła z tym nic. Kiedyś zrobił do bezczelnie patrząc mi w oczy. Wskakiwał na moje biurko/półki/parapet i szedł jak taran - zrzucał wszystko co było na jego drodze. Nie ważne czy to był kwiat, książki, coś szklanego, woda mineralna, misiek itp. Dzięki niemu stałam się uboższa o: dwa wazony, z czego jeden cholernie drogi, trzy kieliszki do wina z kompletu sześciu, nowiutka Chanel mademoiselle 100 ml kupiona za zaoszczędzone studenckie kieszonkowe (moja współlokatorka stwierdziła, że długo będzie ładnie pachnieć w domu), porcelanowa filiżanka ze spodkiem i kilka kwiatów w doniczkach. Mnie się bał, bo potrafiłam go trzepnąć w złości, ale u Kaśki miał nieograniczony kredyt na wszelkie wygłupy - zniszczył jej cały dywan i kanapę, chociaż obok stał taki słupek o który mógł sobie drapać pazurami. Może ona nie potrafiła go wychować, dlatego taki był? Nie wiem. Fakt jest taki, że koty obchodzę dużym łukiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nie spotkałaś takiej Whisky na swojej drodze...

      Usuń
    2. Też tak sądzę. Ja generalnie uwielbiam zwierzęta, wiadomo - jedne bardziej drugie mniej, ale wszystkie są dla mnie ważne, bo wiem, jestem o tym przekonana, że one czują, myślą, cierpią i się cieszą. Nie ma znaczenia czy to pies, kot, czy nawet prosiaczek. Masz rację, nie spotkałam. Tak jak ludzie pukają się w czoło i pytają mnie jak ja mogę mieszkać pod jednym dachem z amstaffem. Odpowiadam im tak samo - nie znasz Berty.
      Ale wszystko przede mną :o)

      Usuń
    3. Hi:) ależ mi się fajnie czytało o tej krówce :) kurcze Ja nigdy ie miałam takiego pieska w domu bo mi mama nie pozwalała dlatego tak przylgnęłam do kotów i je uwieelbiam,
      P.s z chęcią bym zobaczyła to zdjątko z siedzącą psinką :)

      Usuń
  9. Trudno mi się zdecydować, czy wolę psy, czy jednak koty. A można być jednocześnie psiarą i kociarą? :) Psy kocham za ich wierność, bezwarunkową miłość i bezgraniczne zaufanie. Choćbym nawrzeszczała na mojego psa, uderzyła go w złości, czy nie wiem, co jeszcze, on i tak przyjdzie do mnie, zamerda ogonem i będzie patrzył mi w oczy jak Kot ze "Shreka". Natomiast koty ujmują mnie tym swoim mruczeniem i łaszeniem się. Uwielbiam zasypiać z mruczącym kociakiem na poduszce obok ;) No i, oczywiście, pies mnie nie ugryzie, jak pogłaszczę go pod włos, a z kotem to różnie bywa :D
    P.S. Muszę się pochwalić, że przeczytałam (właściwie to połknęłam) "Grę o Ferrin"! Pani Kasiu, kochana, powinna mieć Pani prawny zakaz pisania takich dobrych książek ;) Po pierwsze dlatego, że jak siadłam do czytania, tak nie wstałam, dopóki nie skończyłam. A po drugie dlatego, że wzbudzanie w czytelniku tak silnych emocji może prowadzić do poważnych zaburzeń zdrowotnych. Jeszcze nie mogę się pozbierać. Proszę o więcej!! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo, kochana, Czytelniczki-entuzjastki Ferrinu są u mnie na specjalnych prawach. :*

      Usuń
    2. Szkoda tylko że niestety musimy tyle czekać na następne części:( te dwie, które posiadam znam już prawie na pamięć a i tak do nich wracam tak często jak się da;) a to nieziemskie wrażenie pobytu w Ferrinie po ich lekturze pozostaje ze mną jeszcze kilka dni po skończeniu lektury:)bezcenne:)

      Usuń
    3. Dwie??!! Czy ja coś przespałam??

      Usuń
    4. Licytację;) Kasia wydała drugą część serii- "Powrót do Ferrinu" tylko w kilku egzemplarzach i wystawiła na charytatywnej aukcji, na allegro, więc szczęśliwcy posiadają dwie;)
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. Czytam tę Twoją historię ze łzami w oczach.Ja jestem psiaro-kociarą.Kocham i psy i koty.Nasz Niuniuś/jamnikopodobne coś brązowe w piękne białe łaty!Ojciec rasowy jamnik,matka z rodowodem i taki pętak im się przytrafił!Otóż ten ktoś był przyniesiony do domu ,gdy był wielkości pięści.Oczywiście moi chłopcy bili się do pierwszej krwi,bo nie mogli wspólnie wymyśleć mu imienia,więc do akcji wkroczyła babcia/czyt.moja teściowa/Ona w sposób bardzo mądry połączyła pierwsze sylaby imion obu moich synków i pies od tej chwili nazywał się Miko.Dla mnie to był Niuniuś,bo był traktowany jak trzeci synuś.Przeżył z nami szesnaście lat.Szesnaście lat naszego rudego szczęścia.Gdy trzeba było pożegnać się z nim,bo zachorował i nie było innego wyjścia/rak/płakał małżonek i płakała pani doktór,która pomagała mu odejść.Ja nie byłam w stanie iść z nim do weterynarza więc pożegnałam się z nim w domu.Kasiu,ja zawsze mówiłam,że Niuniuś jak kot ma siedem żyć i wiesz co?On siedem razy uciekał psiemu grabarzowi spod łopaty.Siedem razy trzeba mu było ratować życie i siedem razy nam się udawało!Po kilu dniach od odejścia Niuniusia mój synek przyniósł mi do domu karton,a w nim dwa kocie pędraki znalezione w stodole o jego kolegi.Mizeroty i maluchy takie,że ja karmiłam je łyżeczką!Wańka-która prychała i kichała-chłopcy mówili Iwan Grożny -Wańka i Forest-kot,który przewracał się o własne nogi!Niestety Wańka ciekawska ,wyszła przed dom i wpadła pod samochód.Forcia jest z nami już cztery lata i jest baardzo kochana!Kasiu.Ty opowiadasz czasami o swoich przygodach śmiesznych i wyjątkowych Otóż wyobraż sobie,że ja ostatnio zaliczyłam wpadkę na własne życzenie na stronie Google.Gdy się zalogowałam wyskoczył mi komunikat,że mam wpisać swoją datę urodzenia.Oż,Wy dziady-pomyślałam sobie.Niedoczekanie Wasze bym ja wpisała swoją datę urodzenia.Myk,myk wpisałam co mi wpadło pod palce i klik...Po chwili komunikat-Twoje konto na Google jest zablokowane,Zostanie zamknięte w ciągu dwudziestu dni,chyba bo masz mniej niż trzynaście lat!Wyszło na to,że się odmłodziłam i to ponad normę,aż się komuś mój wiek nie spodobał i mi konto zamknęli.Teraz musiałabym im-uważaj-pokazać dowód tożsamości i udowodnić,że jestem starsza niż napisałam!No- pomyślałam sobie-niedoczekanie Wasze!I założyłam nowe konto.Teraz więc nie jestem na portalu jolinka,lecz Jola,ale ta sama osoba co kiedyś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że się odezwałaś, napisz do mnie Kochana maila, bo mam dla Ciebie prezent.

      Usuń
  11. Od kiedy tylko pamiętam kocham psy. Kiedyś miałam nawet pewną fiksację(to kiedy jeszcze miałam wolnego czasu za dużo): otóż, za zarobiony, dość marne grosze kupowałam książki o psach właśnie. Najczęściej były to historie życia pisarzy z ich pupilami. Psiarze dla Psiarzy;) ale były to też te zawierające opisy poszczególnych ras, typowe zachowania, jak karmić, jak uczyć, jak rozmnażać, jak wystawiać itd. i tak mi teraz po tych lekturach zostało, że większość ras rozpoznaję na pierwszy rzut oka a w towarzystwie jestem znana z tego, że jako takie pojęcie mam;) że niby cuś jak autorytet;)

    Psy występowały w moim rodzinnym domu zawsze licznie ale w małych egzemplarzach;) ja osobiście zawsze marzyłam o psie duuużym(zawsze się chce to czego mieć nie pozwalają:) marzyłam o czarnym dobermanie, albo dogu niemieckim. Kiedy poszłam "na swoje" spełniłam swoje marzenie. Częściowo. Mieszkanie w bloku(albo raczej- mieszkanko w bloczku) dobermana nie zmieści ale zmieściło, jak ja ją nazywam, miniaturkę dobermana czyli pinczerkę miniaturową. Mika się zwie i za nic w świecie nie zamieniłaby ją na innego zwierza:)

    W tej chwili muszę się też przyznać do pewnej rzeczy! Otóż po lekturze ukochanego przeze mnie Ferrinu zapragnęłam nauczyć się jeździć konno:) Sarisów mi się zachciało, ot co!

    Zawsze lubiłam konie, mogłam się im przyglądać godzinami czy pracowały w polu, czy biegały na wyścigach, no piękne bestie i tyle. Ale żeby się do jazdy pchać to tak nie bardzo, w końcu 500 kilo samych mięśni to nie lada zagrożenie, do tego umysł czterolatka- no samobójstwo po prostu. Tak myślałam, no cóż- do czasu. Skoro Anaela może to przecież ja taż, no nie:) i stało się! Dosiadłam pięknej jedenastoletniej profesorki- Bastyli i wpadłam po uszy!To poczucie, że panuje się nad tym zwierzęciem, że słucha Cię bo wierzy że jest z Tobą bezpieczne, niesamowite! Kiedy galopuję, i czuję pod sobą tę górę mięśni... nic nie da się porównać do tego pędu! Także dziękuję Ci Kasiu, dzięki Tobie odkryłam nową pasję:)

    za kotami nigdy specjalnie nie przepadałam, ale odkąd oswoiłam taką jedną Kociczkę pod sklepem w którym pracuję, żywię do nich cieplejsze uczucia:)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O łał, Kochana, jak ja lubię gdy Czytelniczki coś dzięki mnie odkrywają! :*

      Usuń
  12. Kiedyś zdawało mi się że jestem psiarą- nawet tak o mnie mówiła moja wychowawczyni zlecając mi recytację "Psich smutków";P.
    Ale zmieniło mi się gdy mój mały braciszek przemycił pod kurtką kocię biało-czarne (ciocia mu podarowała). I jak do tamtej pory u nas w domu bywały tylko psy, tak teraz mamy i psy i koty (i to trzecie pokolenie już, bo kocie okazało się kociczką, która później miała same córki, a jedna z nich właśnie będzie miała swoje młode:))Teraz więc jestem psio-kociarą. I fanką spsionych kotów i spsionych kotów, bo takie ,maluchy wychowując się razem same nie wiedzą co są, więc pies biegnie na kici kici, a kot nosi klapki w zębach :D

    A co do Whisky to czytałam kiedyś opowiadanie i gdy przeczytałam Twoje Kasiu to mi się skojarzyło. Znalazłam je dla Ciebie ;):
    http://www.portalliteracki.pl/artykul,42488.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Się zamotałam, oczywiście chciałam napisać o spsionych kotach i skoconych psach ;)

      Usuń
    2. :) chyba jednak kotów :)
      Dziękuję za linczka. :)

      Usuń
  13. Przepiękna opowieść. Wspaniała Whisky.
    A ja jestem kocianką. Na razie jednak bezkotną ;-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Kasiu...jak dziwne,że czasem ktoś napisze coś i idealnie wpasuje się w to co dzieje się u kogoś na drugim końcu Polski...no zafilozofowałam...chodzi mi o to,że ostatnio też myślę o kotkach. Jedna z nich- Zuźka, tydzień temu niestety odeszła do kociego nieba...była bardzo chora i nie dało jej się uratować...druga- Puchatka, czymś się struła . Wczoraj próbowaliśmy ją podkarmiać,bo kilka dni nie wracała do domu, wychudła strasznie- a to była zawsze taka puszysta kulka, teraz jak kupka nieszczęścia niestety...:(
    Mi też bliższe są psy( sama nim jestem;)) ale każde zwierze jest dla mnie bardzo cenne- miałam psa, chomika, papugi...każde zwierze jest inteligentne na swój sposób. Papugi miałam, gdy byłam 7letnią dziewczynką, do tej pory pamiętam ,jak Kuba siadał na brzegu talerza jak jadłam zupę i mi podpijał!:D
    Potem był chomik a na końcu pies...dziwne,że te zwierzęta potrafią mi się przyśnić w nocy,że wracają do mnie,że tak podświadomie za nimi tęsknie, że tyle pozytywnych wspomnień i emocji jest z nimi związanych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, oby Puchatka wydobrzała... :(

      Usuń
  15. Ja chyba jestem psiarą. Nigdy nie miałam kota, ale myślę, że taka Whisky też zagościłaby w moim sercu. Mam nadzieję, że ma ciepły dom i jest szczęśliwa. Kocham wszystkie zwierzaczki, ale w moim sercu gości tylko moja ukochana psinka. Pamiętam jak dziś, tą słoneczną sobotę, gdy pojechaliśmy z rodzinką po pieska. I jak wpadły szczeniaki do domu właścicieli. Mały śliczny posokowiec bawarski. I te małe, pocieszne cztery łapy, które nie odstępowały matki na krok. Spojrzałam tylko w te ślepia i byłam zgubiona. Nie wyjechałabym bez niej za nic w świecie. Tak, więc pieniążki (uzbierane od komunii - w końcu psiak to było moje największe Marzenie) zostały przekazane do rąk właściciela, a ja wzięłam na ręce małą psinkę. No może nie taką małą - była całkiem duża jak dla mnie, miałam wtedy 9 lat. Nie do pomyślenia, że teraz mam już prawie 20, psinka 11 a to wszystko wydaję się jakby było wczoraj. Tak, więc wróciła z nami do domu. Przez całą drogę płakała. A mi serce się krajało. W końcu dotarliśmy do domu. O nasza bezimienna jeszcze, 'ochrzciła' samochód, wyszła z niego, i już nie płakała. Chyba była gotowa na swoją przygodę życia :) W mieszkaniu jako szczeniak pokochała lustro. Gdy tylko widziała w nim swoje odbicie, chciała się bawić i lizała je bez opamiętania. W końcu zostało jej nadane imię Xena. I stała się naszą małą Damą, a wszyscy traktowali ją i nadal traktują jak najmłodszego członka rodziny. O dziwo nie broiła. No może zdarzyło jej się parę wpadek, jak to szczeniakowi. Np. pożarła czapkę gościa. Oczywiście śpi w łóżku, jak żeby inaczej. I zawsze w środku nocy, ktoś musi wstać i podnieść jej kocyk, bo lubi pod nim spać. Czasem, gdy ma gorsze dni i zbierze się jej na pieszczoty potrafi władować mi się do łóżka o 2giej w nocy i domagać się pieszczot. A spróbowałabym nie! Zapłaczę mnie na śmierć. Kiedyś skończyło się na tym, że śpiewałam jej kołysankę, byle tylko zasnęła. Mimo to jest tak mądra i kochana. Uwielbiam, gdy przechyla swój łepek i patrzy tymi mądrymi oczkami. Zawsze wie jak o niej się rozmawia. Wiem już, że potrafi wypatrzeć/wyczuć żmiję zygzakowatą. Wtedy stanie parę metrów od niej cała się najeży, przybierze pozycję i szczeka zupełnie inaczej. Zawsze potrafi mnie pocieszyć. Nigdy nie położy się na podłodze. Musi mieć, chociaż dywan. Prawdziwa z niej Dama, zwłaszcza jak leżąc zakłada sobie zawsze łapkę na łapkę. Zawsze potrafi mnie rozśmieszyć, jak gdy nie było miejsca na kanapie ani fotelu, sama przyniosła sobie poduszkę i położyła na niej łepek. Uwielbia jak ktoś robi jej zdjęcia. Wręcz sama się do nich ustawia. O kiedy mieszkamy na wsi, pokochała ryby. Gdy tylko dziadek łowi ryby w stawie, obserwuję spławik. I niech tylko się poruszy, to już daję znać. Gdy ryby pływają w wiadrze, wkłada do wiadra łeb i chce którąś wyjąć. I patrzy się tymi ślepiami jakby mówiła, „Czemu nie chcą się za mną bawić?". Jak wraca do domu ze spaceru, zawsze idzie ładnie ścieżką - choćby musiała nadkładać drogi. Jest taka pocieszna i nadal zachowuję się jak szczeniak. Kiedyś próbowała przejść pod krzesłem, z przodu (gdzie nogi są szerokie) przeszła, lecz z tyłu się zaklinowała. Poderwała się do biegu i przeciągnęła krzesło przez całą kuchnię i pół holu. Teraz wydaję się to zabawne, choć wtedy byłam razem z nią przerażona. Zwiedziła z nami, może nie pół, ale prawie Polski. Była w Niemczech ( gdzie na przejściu granicznym, poderwała się na swoje imię i głośno szczęknęła, gdy tylko wypowiedział je strażnik, sprawdzając paszport) i na Słowacji.
    Ale się rozpisałam, chyba pobiłam swój rekord  Ale cóż o mojej małej czarnej perełce ( na początku była maści powiedzmy brunatnej czerwieni, lecz wkrótce najpierw ogon, później łepek w końcu czarną pręga przez cały grzbiet – która zawsze podnosi się gdy tylko Xena zdenerwuję się np. na obce psy, przechodzące za płotem) , mogę mówić godzinami . I mogłabym tak opowiadać i opowiadać aż nie starczyło by miejsca w komentarzu - co prawię mi się udało :)
    Pozdrawiam, Michalina

    OdpowiedzUsuń
  16. Odkąd pamiętam - w zależności od sytuacji (czyli spotkanego zwierzaka :)) - byłam psią lub kocią mamą :) Nic na to nie poradzę, że po prostu uwielbiam futerkowce :) Jako dziecko miałam kundelka - Reksia - ponieważ bardzo przypominał słynnego Reksia z kreskówki. Nawet łatki miał w podobnych miejscach. Uwielbiałam go. Teraz powiedzielibyśmy, że to psiak z ADHD, ale wtedy moja mama twierdziła, że energia go roznosiła. Nawet dziś mam przed oczami jak szaleje po podwórku w pogoni za muchą, która mu lata nad głową. Później urodził się mój brat i rodzice doszli do wniosku, że Reksio za bardzo hałasuje i dokazuje i oddali go do podobno "lepszego" domu. Od tamtej pory jakoś tak mam, że bałabym się posiadać psa (chociaż strasznie je kocham), bo gdzieś tam z tyłu głowy zawsze jest ten strach, że przywiążę się do niego i trzeba go będzie oddać.... Po Reksie już zawsze mieliśmy koty. Najpierw było cudo podobne do Whisky, kocurek z różowym noskiem i białymi skarpetkami, nazwany przez mojego tatę Teodorem :) Potem był łaciaty Filemon, przybłęda. Po jego śmierci dostałam od koleżanek również biało-czarną koteczkę, która dość szybko zaginęła. Później trafił do nas Pirat, rudy kocurek z jedną tylną łapką siwą :) Ktoś go nam niestety zwinął... Potem były jeszcze dwa kocurki (jeden zaadoptowany, a drugi podrzucony przez kogoś na nasze podwórko). "Podrzutek" zmarł śmiercią naturalną, a adoptowanego ktoś nam otruł (sąsiedzi mieli oczka więc na nich padły pierwsze podejrzenia... Ale nikogo za rękę nie złapaliśmy) Następny był Bonifacy - czarny kocurek z białym krawatem i skarpetkami na łapkach. Jego również ktoś otruł... Płakałam po nim tak strasznie, że koleżanka która chciała ukrócić moje męki przyniosła mi kolejnego koteczka :) Tym razem białego w czarne łatki. Po jakimś czasie właśnie ten koteczek przyprowadził swoją dziewczynę już kotną, a sam przepadł bez śladu. Tak właśnie została u nas Gwiazda, na początku strasznie nieufna ale już trochę udało nam się ją oswoić. Z tamtego miotu został u nas Pluszak. Dostał takie imię ponieważ można z nim zrobić dosłownie wszystko. Pozwala się przytulać i miętolić w zasadzie bez końca. Kiedy czasem zdarza mu się, że ma dość tych "czułości" kładzie mi łapkę na policzku. Nigdy przy tym nie wysuwa pazurów. Rodzinka się śmieje, że my mamy taki swój kod, żeby się ze sobą dogadać. Pluszak chyba najbardziej lubi te chwile, kiedy rano zadzwoni budzik. Wtedy najpiękniej mruczy zwinięty w kłębek przy mojej głowie :) Kiedy wstaję (bo niestety trzeba...) otwiera leniwie oko i patrzy na mnie z taką miną, że mam wrażenie, że chciałby powiedzieć: "Dobrze Ci tak! Ty sobie idź, a ja sobie tu w ciepełku pośpię :)" Czasem zaś, podobnie jak Berta Dubbidu obraża się. Siada wtedy tyłem do wszystkich i nic - nawet przysmaki - go nie wzruszają :) Trzeba go wtedy chwilę przetrzymać i sam przychodzi jak gdyby nigdy nic. :) Poza Pluszakiem jest jeszcze Złośnica - jego młodsza siostra. To jest kot z podręcznikowym ADHD. Nie usiedzi w miejscu. Najwięcej radochy ma kiedy Gwiazda kroczy dostojnie po ogrodzie a ona może jej wskoczyć (najlepiej z zaskoczenia :)) na grzbiet :) Tylko kombinuje co by tu zbroić. Na wszystko co się rusza (nie ważne, czy to mucha, liść, czy własny ogon) trzeba zapolować :) Wiąże się to z maratonami po orodzie. Uwielbiam latem siedzieć na ławce i obserwować bez końca tego naszego Szoguna :) Kiedy uda jej się w końcu coś złapać ma tak komiczny wyraz pyszczka, że wprost wydaje się, że za chwilę zacznie skakać z radości :D Czasem - w wakacje - na dwa tygodnie mam jeszcze pieska, kundelka moich znajomych - Cza-czę :) Żeby opisać to co się wtedy dzieje, to chyba by całego bloga brakło :D Czasem marzy mi się jeszcze jazda konna, ale to jak na razie takie niespełnione marzenie....

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja jestem psiarą i koniarą. Dwa lata temu miałam małą czarną kotkę, kiedy chciała wejść do domu a drzwi na taras były zamknięte pukała, potrafiła godzinami siedzieć z podniesionymi w górę przednimi łapami co wyglądało naprawdę zabawnie. Niestety parę miesięcy potem zaginęła. Teraz mam dwa koty. Sierściucha i Brutusa. Brutus jest grzeczny i bardzo lubi oglądać ze mną programy o zwierzętach. Najbardziej o koniach i psach, kiedy są w dalekim kadrze to on je wtedy atakuje. Sierściuch jest mniej grzeczny za to lubi mi leżeć na kolanach kiedy czytam książki.
    Świetnie się sprawdza jako przycisk do papieru bo zawsze kładzie łapy na obu stronach książki. Nie lubi kiedy się czyta gazety, zawsze je atakuje i podgryza.
    Pozdrawiam Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziewczyny jak widzę te nasze futerkowce to temat rzeka.Forcia prowadzi do szafki i pokazuje gdzie jej karma,a jak nie daj Boże miseczka pusta to tak jak kiedy ć Niuniuś wyciąga ją na środek kuchni.Ja twierdzę,że to reinkarnacja mojego Niuniusia i to on nam przysłał Forcię byśmy nie tęsknili.Ona wiele rzeczy robi tak samo jak on!Ja sobie nie wyobrażam domu bez futrzaczka! kasiu,czy ja mogę swojej kotce obciąć pazurki?Ten czort drapie wszystko oprócz drapaka.Fotel,dywan,a drapaka to chyba dla mnie zostawiła!

      Usuń
  18. A ja mam w domu i psa i kota. Kota przygarnęliśmy wraz z mężem w zimę, bo szkoda nam było tego cudaka w takie mrozy... Piesek to pinczerek miniaturowy, czyli duuuużo hałasu w domu:)Ale jak w takiej kruchej istotce mieści się tak ogromne serducho?... Śpi z nam w łóżko, no bo jak mogłoby być inaczej... Gdy tylko usiądę na chwilkę, już jest na kolanach i tak słodko wzdycha, że nie mam serca jej ściągnąć... Uwielbia spacery... Znajomi śmieją się z niej, pytając gdzie jej baterie można wyciągnąć, bo ma tak duże pokłady energii... To takie nasze małe ADHD:)... Uwielbia jak na spacerach rzucam jej szyki. Potrafimy tak spacerować półtorej godziny, i ja już wymiękam, a ona stoi na mojej drodze, patrzy na mnie swoim proszącym wzrokiem o jeszcze parę szyszek... No i mimo, że mi ręce mdleją, dalej rzucam... Moja sunia "Tosia" nie przepada za kotką "Balbiną". Zresztą z wzajemnością. Tłumaczę sobie to walką o terytorium. Nigdy w domu nie miałam kota i muszę się przyznać, że pomału wymiękam... Tyle kłaków mi fruwa po całym mieszkaniu:( Mimo, że codziennie sprzątam... No i drapak omija szerokim łukiem:( Uwielbia biegać za zakrętkami od długopisów. Oj, wtedy to się w domu dzieje!!!:) Co kilka godzin dostaje tzw. "głupawki" - czyli skacze na drzwi, biega po parapetach wśród wirujących w powietrzy strzępek sierści, i drapie co wpadnie jej pod pazury, łącznie z moimi nogami (ale jeżeli chodzi o nogi to robi to bardzo delikatnie, także nigdy nam nie wyrządziła żadnej krzywdy). Nieraz myślę sobie, że nie była to przemyślana przez nas decyzja o jej przygarnięciu. Ale na szczęście takie załamanie jest chwilowe... Bo nic nie może się równać z jej mruczeniem, ocieraniem o nasze nogi i lizaniem szorstkim języczkiem po naszych twarzach:) Pozdrawiam wszystkich miłośników zwierząt:))))

    OdpowiedzUsuń
  19. W moim domu,od kiedy pamiętam,to zawsze były zwierzęta.Byliśmy posiadaczami chomików,szczura,żółwia,rybek,papużek,przez kilka dni sarny ze złamaną nogą. Ale najbardziej szczęśliwa byłam,gdy mój tata przywiózł rudego pekińczyka (rude to wredne)!!Miałam wtedy jakieś 10 lat,a więc sporo czasu temu...Suczka - Kaja rozkochał w sobie wszystkich,więc nawet jeździł z moją mamą do pracy,25 km w jedną stronę!!A jak już dojechała na miejsce (oczywiście z mordką wyglądającą przez otwartą szybę auta),to wylegiwała się na kocyku z kotem.Ale to był widok:)Po sześciu latach doczekaliśmy się małych szczeniaków,niestety z miotu wytrwały tylko dwa,które oczywiście zostały u nas i otrzymały imiona :Mysia i Plamka (moja mama wolała Kropka).I chyba dla nikogo nie będzie nowością,że oczywiście wszystkie trzy rude spały w łóżku!!Pieszczochy niesamowite,radości wiele. Kaja niestety po 13 latach opuściła nas ze starości,a Plama rok temu (raczysko wstrętne)!!Do dziś jest z nami Mysia,która chodzi za nami krok w krok.
    A jeśli chodzi o koty...to mam takiego jednego pod opieką w pracy.Dokarmiam go i miziam kiedy tylko mogę.Chciałam go przygarnąć,ale ruda by go chyba zaszczekała.Więc po co ma się męczyć w bloku,jak może sobie ganiać po podwórku i sprawiać radość odwiedzającym nas gościom i ich dzieciom.

    OdpowiedzUsuń
  20. no ja jestem kociara w całej okazałości;-) odkąd pamiętam wszyscy na mnie mówili i mówią "Kocia Mama". Zawsze w domu był jakiś kot. Niestety ruchliwa droga przy której mieszkam sprawiała, że co jakiś czas przeżywałam tragedie utraty kocich przyjaciół. Jak byłam mała to robiłam im groby, przynosiłam kwiaty, teraz po ich stracie pozostaje wielka pustka i smutek i morze wylanych łez, więc doskonale rozumiem co czujesz. Ktoś mi kiedyś powiedział, że to moja nieodpowiedzialność przyczynia się do ich śmierci. Ale ja nie nie wyobrażam sobie, mieszkając na wsi trzymać koty w zamknięciu, bo moje koty to wielcy indywidualiści którzy chodzą swoimi drogami. Jak to z kotami bywa. Dlatego jestem wdzięczna za każdego który staną na mojej drodze i każdy ma na stałe miejsce w moim sercu.
    Jednak tak jak u Ciebie Whisky, szczególnie zapamiętaną dla mnie będzie moja ukochana Marcysia. Kocica która pół mojego życia ze mną była. Mogłabym o niej pisać dużo. Odeszła kochana ze starości kilka lat temu, ale myślę że i ona z nami i my z nią przede wszystkim mieliśmy wspaniałe kocio-ludzkie życie;-)
    Obecnie mam trzy koty, każdy o innym charakterze, każdy kochany, moja Rudzia właśnie wygrzewa mi kolana i zerka co też ja tu pisze;-)
    gdzieś kiedyś przeczytałam, że koty to tajni agenci Pana Boga na ziemi, i ja w to wierze;-) Wierze też w to, że koty doskonale znają się na ludziach, więc to jak ktoś odnosi się do nich i odwrotnie jest dla mnie ważnym wyznacznikiem w zawieraniu nowych znajomości.
    A jak powyższe opowiadanie jest próbką tego co będzie w "Opowieściach o zwierzętach" to już się nie mogę jej doczekać;-)
    pozdrawiam nocną porą wraz z moją kocią ferajną;-D

    OdpowiedzUsuń
  21. Ja mam i kota i psy i nie potrafię się zdecydować czy jestem kociarzem czy psiarzem - jedni i drudzy to wspaniali towarzysze. Nie denerwuje się bardzo nawet jak co noc mój kot budzi mnie drapaniem w łóżko, bo chce wyjść...(no dobra, trochę się denerwuję, ale coraz mniej). Jakbym mieszkała sama to chyba wzięłabym kota, bo jest bardziej samodzielny, a ja jestem nad wyraz praktyczna ;-)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ja jestem kociaro-psiaro-króliczanką :) Jako dziecko dostałam od rodziców królika. No ale jak takie puchate cudo trzymać w klatce? Więc Kubuś biegał luzem po pokoju, jak się kładłam na dywanie i udawałam denatkę to szturchał mnie nosem, potem zaczynał lizać swoim małym języczkiem po całej twarzy, jakby mówił "no weź nie udawaj..." :) Biegał po ogródku na smyczy, a jak był starszy to i bez smyczy, bo sam przybiegał do mnie... Pewnego dnia podczas wychodnego na dwór złamał łapę... ile ja się wypłakałam bo jeden głupi weterynarz powiedział że trzeba amputować... Ale pojechaliśmy jeszcze do innego i tam młody chirurg jak zobaczył zapłakaną 18-latkę to przez 2 godziny składał łapkę. :D Po wybudzeniu z narkozy (jak wiadomo nie zawsze króliki przeżywają) Kuba stał się ulubieńcem przychodni i lekarzy. Niestety we wrześniu, po 13 wspólnych latach musiałam go uśpić ze względu na pogarszające się jego zdrowie. Ale to zawsze będzie mój kochany Kubuś. Oj, nawet teraz mi się łezka w oku kręci...
    W międzyczasie przygarnęłam kotkę (też taką buraskę jak Whisky, tylko ciutkę ciemniejsza). I pierwszy raz widziałam Kot Królik razem w kojcu, albo codzienne powitania noskami jak kotka wchodziła do pokoju. Taka swoista przyjaźń kocio-królicza. No a teraz to Kotka jest panią na pokojach bo została sama. Obraża się jak jej nie wpuszczam do pokoju, łąduje mi się w nocy bezczelnie na poduszkę i łapami spycha z mojej połowy. Warto dodać że w ciągu dnia pieszczochą wcale nie jest.
    Psiara? Psiara od kiedy los na mojej drodze znowu postawił A. To on ma psa, z którym się polubiliśmy od pierwszego spotkania. Więc teraz po pół roku uważam go już prawie za swojego ;)
    No i jest jeszcze mysz wyrwana okowom uniwersyteckiej śmierci. ;) Właśnie kupiłam jej kołowrotek ale ona chyba uważa że się go używa od strony zewnętrznej... zabawnie to wygląda :D Chce się wspiąć, a ląduje pod kółkiem :D :D
    O zwierzakach można by pisać/ rozmawiać całymi godzinami...
    A Whisky śliczna, historia piękna, acz smutna... jeju żeby tak moja kocica byłą taka smukła jak Whisky... Jak mi się powaliła w nocy na klatce piersiowej to myślałam że się duszę! Otwieram oczy a na wprost dwa ślepia wbite we mnie "no co się gapisz.. tu wygodniej... źle Ci? No w sumie jak się już obudziłaś to Ci mogę jeszcze pomruczeć, chcesz?" ;)
    Chyba tyle :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  23. A , że tak zmienię temat czy już wiadomo kiedy w księgarniach pojawi się ta książka o zwierzakach z Poziomki? :)
    oj poczytałobysie :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Uwielbiam opowieści o zwierzętach :) Whisky była cudowna, a ta opowieść o gawronach, kocie i synku niesamowita :D Ja niestety mam smutne wspomnienia o zwierzętach, choć kocham je bardzo... Zawsze jak dostawałam jakieś zwierzątko, to zostawało mi ono odebrane, co było dość ciężkim przeżyciem dla dziecka, a i nie łatwym wspomnieniem teraz... Ale jeszcze wszystko przede mną :) choć nie wiem kim jestem czy kocianką czy psianką (bo do piesów dopiero sie przekonuje) ;) ale kocham każde zwierzaki a najbardziej żaby :D kurki i indyczki :D

    OdpowiedzUsuń
  25. Słuchajcie, laski, ja mam problemy z internetem (dziękujemy ci WCTepso) i bywam dorywczo. Ale czytam i zaakceptowuję komentarze.
    Już niedługo nowy artykuł i nowe wieści na tematy różne.
    Wypatrujcie!

    OdpowiedzUsuń
  26. Od zawsze wydawało mi się, że wolę psy, na koty zwyczajnie nie zwracałam uwagi. Dopiero we wrześniu gdy zmieniłam salę ( pracuję jako nauczycielka w przedszkolu) na parterze, której okna wychodzą na przedszkolny ogród zamieszkany przez koty zainteresowałam się tymi zwierzętami. Zwróciłam na nie uwagę dzięki dzieciom, które gdy tylko zobaczą jakiegoś mruczka siedzą z nosami przyklejonymi do szyby. Zafascynowała mnie niezwykła gracja tych zwierząt, zaczęłam się nimi interesować ( wystawa kotów rasowych, fachowa literatura), a dwa tygodnie temu zadzwoniła do mnie koleżanka, że jedna pani chce oddać kotki i może przygarnęłabym biedaka. Przed siedmioma miesiącami kotka przyniosła je na działkę i zostawiła, ta pani je karmiła i opiekowała się nimi przez całą zimę, ale inni działkowicze nie lubią kotów i dlatego tej pani zależało, aby jak najszybciej znaleźć im nowy dom i tak Migotka trafiła pod mój dach. Jest wspaniałą, bardzo miziastą koteczką. A ja zadaję sobie jedno pytanie: dlaczego wcześnie nie zdecydowałam się na kota? ;D

    OdpowiedzUsuń
  27. Ja zdecydowanie psiarą jestem, miałam kilka psów, teraz ukochaną rudą jamniorkę, która oczywiście śpi ze mną w łóżku i rozpuszczona jest niemiłosiernie, zazdrosna jest niesamowicie, nie mam prawa pogłaskać innego zwierzaka, bo rzuca się na niego z zębami, nawet jeśli jest od niej dużo większy, kotów nie lubi, więc nie mogłabym mieć kota, zresztą jakoś nigdy nie chciałam.

    OdpowiedzUsuń