sobota, 4 czerwca 2016

Raz jeszcze o moich książkach...

...chociaż tym razem w poziomie, bo zawsze przedstawiałam je w pionie. :)
Oto zbiór wszystkich wydanych przeze mnie powieści:


Tutaj macie ściągawkę, w jakiej kolejności je czytać: http://katarzynamichalak.blogspot.com.au/p/aktualnosci.html

Tutaj jest link do wszystkich filmików, teledysków i trailerów, jakie ja nakręciłam w przypływie weny vlogowej, bądź powstały podczas ośmiu lat mojej kariery (szczególnie polecam "Moją drogę do marzeń" oraz teledysk do "Poczekajki"): https://www.youtube.com/channel/UCbJzfLF3LSkMHOSLQe5n1Xw

A tutaj, jeżeli brakuje Wam niektórych tomów Kolekcji, możecie przez jakiś czas je zamawiać. Prenumerata już się zakończyła, ale pojedyncze egzemplarze będzie można jeszcze dokupić: https://literia.pl/kolekcje/ksiazki-pelne-emocji-434

Zapraszam również do śledzenia losów bohaterek "Leśnej Polany", czyli powieści w odcinkach, która całkiem niedawno się zaczęła i co drugi piątek będziecie mogły poznawać ciąg dalszy: http://lesnatrylogia.blogspot.com.au/

Na koniec - jeżeli jeszcze tego miejsca nie znacie - zapraszam na fanpage, który od dziś prowadzić będę nie ja osobiście, a Ania Nowak, moja zaufana koordynatorka:  https://www.facebook.com/fanpagekatarzynamichalak?ref=hl

To chyba wszystko na dziś i na jakiś czas. Zostawiam Was w dobrych rękach i z 31 powieściami do przeczytania, a ja udaję się w piękne miejsce, otoczone lasem, na polanę, gdzie stoi mały biały domek, kryty omszałą dachówką, czyli powracam do pisania "Leśnej Polany". Mam nadzieję, że w sierpniu trafi ona do Waszych rąk.


środa, 1 czerwca 2016

"Nie zależy mu na tobie"...

... felieton jeszcze z mojej pierwszej "Zielonej Strony", którą z pierwszymi Czytelniczkami wspominamy z łezką z oku, bo razem śmiałyśmy się i płakałyśmy, przypomniał mi się właśnie dzisiaj. A przypomniał mi się dlatego, że czekam od kilku dni na jakąkolwiek wiadomość od pewnego Australijczyka, w którym jakoś tak wyszło, że się trochę zauroczyłam i... nic.

Ku pamięci więc, żebyś Kasiu nie zapomniała własnych słów sprzed kilku lat i dla Was, dziewczyny, żebyście pośmiały się razem ze mną z mojej naiwności:

N jak Nie zależy mu na tobie...

 



No, Dziewczęta, to ja Wam dzisiaj walnę artykuł... Sponsorowany jest on przez literkę N jak Nie zależy. INspirowaNy książką absolutNie geNialNą, a przez to Nie do zdobycia pod tym samym tytułem. SpecjaNie dla Was krótki przewodNik po "Jeśli mężczyzna mówi NIE to znaczy TAK". Enjoy!
Wszystkie jak tu siedzicie, no siedzimy, przed kompami, w tej chwili jesteśmy: inteligentne, urocze, dowcipne, świetne, wykształcone, ładne a nawet piękne, kochane, kochające, pełne życia, romantyczne, marzycielki, (...............) tu proszę wpisać jeszcze z 123 określenia, których nie wymieniłam, a są prawdziwe.
Wszystkie, tak, tak!, i Ty miss X i Ty mrs Y jesteśmy godne miłości i pragniemy miłość dawać. Zasługujemy na wszystko co najlepsze i na najfantastyczniejszego, najukochańszego faceta pod słońcem. (Z małą poprawką: każdej z nas pisany jest inny facet, żeby nie było, że ten sam).
Któregoś dnia spotykamy owego KNBK. Łał! Ogarnia nas nagły szał uczuć. Motyle w brzuchu, czy gdzie tam indziej, ucisk w sercu, radość w duszy etc. Mamy wszelkie symptomy zakochania. I nasz KNBK również p o w i n i e n  je mieć. Powinien. Jesteśmy tak dziwnie skonstruowane, że prędzej wmówimy sobie (zauważcie: cały czas piszę "my", bo sama popełniam wciąż i wciąż ten sam błąd co cała żeńska połowa globu), iż nasz Ukochany: zgubił komórkę, zgubił rękę z komórką, zgubił się na Dworcu Centralnym i został kloszardem, zgubił poczucie czasu lub/i rzeczywistości (........) cokolwiek tu wpiszecie będzie szczerą prawdą - niż przyznać, że nie dzwoni, bo po prostu mu na nas nie zależy. Wgapiamy się w telefon, hipnotyzujemy skrzynkę mailową, sprawdzamy po sto razy konto na wirtualnej, wmawiając sobie, że naszego Ukochanego: porwał wiatr lub Nessie, ewentualnie UFO (dlatego nie pisze), odpoczywa z Złotych Piaskach (no, to akurat możemy wybaczyć - tam naprawdę nie ma zasięgu ani netu), idzie na dno wraz z Titanikiem, a orkiestra gra do końca, na lodowej krze usiłuje opłynąć Biegun Północny, poławia perły u wybrzeży wyspy Nigdy-Nigdy lub (.........) cokolwiek przychodzi Ci do głowy będzie równie dobrą wymówką - zamiast uzmysłowić sobie, że nie napisze krótkiego SMS-a: "Kasiu jesteś głupia", bo po prostu o Tobie (czyli mnie, wychodzi na to, że mnie) zapomniał i nie chce mu się nawet - u boku blond laski z którą pomyka w kierunku zachodzącego słońca - wystukać tych trzech słów.
Mężczyznom wielką frajdę sprawia zdobywanie tego, na czym im zależy. Jeżeli zależy mu na tobie, to cię znajdzie. Jeżeli uważasz, że dałaś mu zbyt mało czasu, żeby cię zauważył, docenił i pokochał, pomyśl, jak szybko ty go dostrzegłaś i podziel to na pół. Mniej więcej tak szybko myśliwy namierza swoją ofiarę. Jeśli trzepotanie rzęsami, powłóczyste spojrzenia, subtelne zaproszenia nie robią na nim wrażenia, nie znaczy to, iż jest nieśmiały, oczarowany do nieprzytomności, czy wręcz nieprzytomny. Znaczy to ni mniej ni więcej, że nie robisz na nim wrażenia. 
O dziwo, mężczyzna, któremu zależy na kobiecie potrafi: znaleźć jej numer, znaleźć jej mail, znaleźć ją samą, choćby widzieli się przez minutę w barku za rogiem. Następnie potrafi: wystukać pracowicie ten numer, choćby po to, by usłyszeć jej głos, napisać zabawnego maila, który ją zaintryguje na tyle, by odpisała, palnąć ją gazetą w łeb, jeśli spotykają się siedemdziesiąty siódmy raz w tym barku, a ona go nie zauważa.
Wiem, że to graniczy z nieprawdopodobnym, ale mężczyzna, któremu zależy na kobiecie potrafi: dzwonić do niej codziennie, bez względu na brak zasięgu (nawet jeśli mężczyzna zgubi zasięg, to zasięg odnajdzie mężczyznę), odpowiadać na jej maile niemal natychmiast po otrzymaniu, być zawsze pod telefonem, wgapiać się w komórkę, z nadzieją, że ten SMS jest właśnie od niej, hipnotyzować Outlooka, żeby mail od ukochanej kobiety szybciej doszedł. Rozumiesz, co mam na myśli? Facet potrafi! Więcej: zakochany facet potrafi to co my!!!
Jeżeli twój ukochany (lub wydaje ci się, że twój ukochany):
1. Nie dzwoni, to znaczy, że nie chce zadzwonić. Nie "nie umie zadzwonić", nie "telefon zeżarł mu grizzly", tylko nie chce. Jeżeli dzwoni, żebyś ty oddzwoniła, i gada godzinami na twój koszt, to... poszukaj sobie innego mężczyzny.
2. Nie pisze, to znaczy, że nie wystarczająco chce mu się napisać. Jeżeli nawet wylądował przymusowo w Złotych Pitolonych Piaskach, gdzie nie ma netu, to choć raz dziennie poleci na Marsa, by stamtąd wysłać maila albo chociaż krótkiego wesołego SMS-a: "Kasiu jesteś głupia do kwadratu, ale i tak cię kocham". No dobra, bez "kocham cię" bo tego facet nie umie pisać.
3. Nie ma czasu na randki, to znaczy, że nie chce mieć czasu na randki, bo zakochany facet jest tak złakniony swej łani, że morza przebędzie o jednym złamanym wiośle, góry przemierzy w samych skarpetkach i podkoszulku z napisem Adidas, rzeki i lasy i tak dalej, byle: dorwać się do ukochanej, podotykać ją chwilę ze szczerą radością na twarzy, a następnie do świtu uprawiać z nią seks, seks, seks, a gdy już nie będzie mógł, to jeszcze choć raz uprawi z nią seks, po czym padnie, ale nim padnie do końca, jeszcze ukochaną podotyka. 
4. Ważniejsze od ciebie są: była żona, mamusia, chora na włosy teściowa, dziecko z poprzedniego małżeństwa, przyjaciółka z podstawówki lub (co gorsza) przyjaciel, sąsiadka z takim fajnym ujadającym pieskiem, który tylko marzy, by się przelecieć, kioskarka bez pieska za to z biustem, (.......) tu wpisz, kto jest od ciebie ważniejszy.
Nikt nie jest. Dla zakochanego mężczyzny najważniejsza na świecie jesteś TY, bo to z tobą, nie z pieskiem sąsiadki chce uprawiać on seks, seks, seks, a potem mieć trójkę dzieci, domek z ogródkiem i ujadającego pieska, żeby patrzeć jak daleko poleci.
5. Jest zmęczony, boli go głowa/gardło/brzuch/prawy jajnik/cokolwiek i nie może dziś z tobą, "przepraszam, kochanie", uprawiać seksu, znaczy, że nie ma ochoty uprawiać z tobą seksu i mieć raczej nie będzie, niż będzie.
Zakochany facet staje się nagle super zdrowy i ZAWSZE, ale to ZAWSZE, nawet jak wiozą go na OIOM po zawale, ma ochotę cię dotykać, kochać, całować i to co robią ludzie zakochani robić. A jeżeli naprawdę wiozą go na OIOM, to przynajmniej szuka twojej ręki, żeby cię za nią potrzymać.
6. Niecący cię zdradził, ale to było przypadkiem, po ciemku, jakoś tak i już nigdy więcej.
Nie ma "niechcący".
Zdrowy na umyśle facet wie co robi, z kim robi i wie, że jeśli nie robi tego z tobą, to robi z kim innym, a skoro tak, to cię zdradza. Nawet gdy wina nie brak i wszystkie kobiety piękne są, twój mężczyzna doskonale zdaje sobie sprawę, że właśnie idzie do łóżka (albo gdzie indziej) z inną kobietą. Jeśli nie zdaje sobie sprawy z powodu pomroczności jasnej, to nie pójdzie, bo nie będzie mógł.  Dla zakochanego mężczyzny nie istnieją inne kobiety. Po prostu. Są aseksualne, a jeśli nawet za którąś się obejrzy, to potrafi utrzymać przy sobie łapy i nie tylko łapy, bo wie, że zdrada ciebie śmiertelnie zrani. I nie ma: "bo mężczyźni są z natury poligamiczni". To zwykła głupawa wymówka, którą dałyśmy sobie wcisnąć, by tłumaczyć naszych facetów. Mężczyzna z natury poligamiczny niech sobie poszuka z natury poligamicznej kobiety, bo ty jesteś monogamiczna i zasługujesz na wierność. 
7. Boi się trwałego związku. Oraz "kocham cię". Woli zostać przyjaciółmi. Pragnie związku wolnego i takie tam pierdoły.
Mężczyzna, który ciebie naprawdę pragnie, zrobi wszystko - wyzna ci miłość sześć razy na sekundę, poprosi - klęcząc z bukietem kwiatów - o rękę pośrodku Trasy Toruńskiej, skoczy oknem i wróci balkonem - zrobi wszystko, by tylko dobrać się do ciebie i (ty już wiesz co). I nigdy w życiu nie podzieli się tobą z innym mężczyzną. Nie zgodzi się na żaden wolny związek i nie wystarczy mu czuła przyjaźń. Bo pragnie ciebie i ciebie kocha. I chce, żebyś ty kochała tylko jego. W każdej pozycji.
8. Odchodzi i nie wraca. Dni, ranki, wieczory. A pełne zwierza bory.
Zakochany mężczyzna, nawet gdyby w owych borach został pożarty przez pełne zwierza, przed pożarciem zdąży cię zapewnić o swojej miłości. A jeśli absolutnie nie musi, to nie odstąpi ciebie na krok. Z tegoż względu, że zakochany mężczyzna (zupełnie jak zakochana kobieta! no nie! serio!!) LUBI przebywać w twoim towarzystwie bezustannie. Nie musi ciągle wisieć ci nad głową, ale przynajmniej LUBI cię słyszeć, LUBI widzieć, LUBI czuć, że jesteś z nim. Jesteś jego. Jeśli odchodzi, to na chwilę i wraca wtedy, gdy obiecał, że wróci. A nawet wcześniej. (I wtedy masz kłopot z upchnięciem kochanka do szafy). Jeśli chwilowo nie może wrócić, to i tak jest przy tobie sercem, duszą i zakochanym umysłem. Nie zapomni zadzwonić, nie zapomni powiedzieć, że cię kocha i nie zapomni twojego imienia. 
9. Nie dba o ciebie. Nooo... jeśli twój mężczyzna nie dba o ciebie, to nie on jest mutant, tylko ty. Sorry, Winnetou.
Mogłabym tak wyliczać w nieskończoność, bo też nieskończona jest pomysłowość kobiet w wymyślaniu wymówek dla niekochających mężczyzn, ale myślę, że załapałaś o co biega (tak, tak, Kasiu, to ciebie też dotyczy!). Zamiast więc wgapiać się w telefon, modlić do komputera lub słać tęskne SMS-y bez odpowiedzi, wyjdź na spacer. Może spotkasz faceta, który się w tobie zakocha ze wzajemnością i wreszcie poczujesz subtelną różnicę między "nie zależy", a "zależy" mu na tobie? Jesteś warta takiej miłości! Ja zresztą też. Idę wykasować ten głupi numer i ten głupi mail do tego głupiego XYZ. A potem pójdę na spacer. Jest wprawdzie pierwsza w nocy i raczej nie spotkam KNBK w ciemnym lesie, ale przynajmniej mózg przed snem przewietrzę, czego i Tobie, droga Czytelniczko życzę.

piątek, 27 maja 2016

Ostanie dni na zamówienie Kolekcji!!

Dziewczyny,
to ostatnie dni na zamówienie Kolekcji wszystkich moich książek (wydanych do 2015r.) Przypominam, że kosztują one tylko 11zł z bezpłatną wysyłką, a drugiej takiej szansy nie będzie. Kolekcja kończy się i czas na prenumeratę mija z dniem 31 maja.
Tutaj są wszystkie informacje: https://literia.pl/kolekcje/ksiazki-pelne-emocji-431


Wiem, że znajdą się takie, które będą narzekać, że drogo - choć książka, w którą włożyłam serce i duszę jest tańsza od paczki papierosów, na którą zawsze znajdą się pieniądze - i nie do nich kieruję ten wpis, a do dziewczyn, które chciałyby mieć piękny komplet na półce zamiast raka płuc, zaś o prenumeracie, czy Kolekcji dowiadują się dopiero teraz.

Tutaj znajdziecie jeszcze więcej informacji: http://katarzynamichalak.blogspot.com.au/2015/04/wszystko-co-chcecie-wiedziec-o-kolekcji.html

Ech... łezka mi się w oku kręci, gdy przypominam sobie, ile pracy włożyłam w przygotowanie tej Kolekcji, jak dopieszczałam cały projekt, każdą poszczególną okładeczkę, jak czekałyśmy z dziewczynami na "co drugi wtorek", gdy ukazywał się kolejny tom.
Jestem z niej bardzo dumna, na półce prezentuje się przepięknie, wydanie jest staranne, Wydawca również bardzo się przyłożył, za co jestem Mu wdzięczna.
Przyzwyczaiłam się do "co drugich wtorków" i wymyśliłam "co drugie piątki", czyli powieść w odcinkach lesnatrylogia.blogspot.com ale... to już nie to samo... :))

Dla tych, którzy stracili nadzieję... raz jeszcze

Tu niżej zaśpiewałam dla Was "Hallelujah" Cohena, ale jakiś "życzliwy" doniósł, że łamię prawa autorskie - chociaż podkład muzyczny zakupiłam na legalnej stronie - i usunięto to nagranie.
Kopać się z youtube nie będę, bo nie mam w tym żadnego interesu, ja nie zarabiałam na tym nagraniu, ytb też już sobie na mnie nie zarobi, bo reklamy nie będą się włączać, a Wy i tak możecie sobie śpiewać. Znajdźcie jakiekolwiek karaoke (wersja Alexandry Burke), są ich setki, choć usunięto tylko moje - "życzliwemu" życzę, by to, co wysyła, wróciło do niego po stokroć - i śpiewajcie.

Słowa są pisane prosto z serca, gdy było mi bardzo ciężko.
Może którejś z Was przyniosą takie ukojenie i dadzą nowe siły, jak wtedy mnie.
Dzielcie się nimi z przyjaciółmi i tymi, którym jest smutno i źle.
Śpiewajcie i odzyskujcie Nadzieję.
Przecież nawet najczarniejsza noc kiedyś się kończy. Trzeba tylko doczekać świtu...

A tym z Was, które się nie poddają, raz jeszcze przypominam, jak trudna była moja droga do marzeń...



Gdy czuję, że jest bardzo źle,
Gdy myślę, że już nie ma mnie,
Że zgasłam, że nie został nawet cień
I czekam choć na mały znak
Na płomień świtu, słońca blask
Na jedno z głębi serca Alleluja…

Gdy mrok zagarnia każdą myśl,
Gdy nie wiem, czy chcę dalej żyć,
Jak iść do przodu chociaż brak mi sił
Nadzieje me przepadły gdzieś,
I wiary brak, miłości też,
A w sercu już nie słychać Alleluja…

I nagle wiem, że dalej trwam,
Że przyszłość wciąż przed sobą mam,
Że trzeba wstać, być wierną, iść do końca
Bo Bóg ma wobec mnie swój plan
I On go zna, i jak go znam,
Śpiewajmy zatem razem Alleluja…

Nikt nigdy nie odbierze mi
Dni co przede mną, jasnych dni,
Nadziei, które jeszcze nie odeszły
Gdy znowu zwątpię, będzie On,
I ujmie mą niepewną dłoń,
I pójdę za Nim, słysząc Alleluja…

 

poniedziałek, 23 maja 2016

Moja Wielka Australijska Przygoda c.d.

Nadal styczeń 2014

Do wyjścia z hotelu, z balkonu którego pełna zadziwienia patrzyłam na oszołomów, którzy od czwartej rano grają w siatkówkę plażową, zmusić mnie mogło tylko jedno: brak prądu. Gdy już wysiadło mi całkowicie połączenie nie tylko z krajem ale i ze światem (choć właściwie mniejsza o to, w hotelu było naprawdę cool), postanowiłam coś z tym zrobić. Czyli zejść do recepcji i poprosić adaptor vel adapter - jeszcze nie wiedziałam, jak nazywa się w Australii takie coś, co przystosuje ich gniazdko elektryczne do gniazdka reszty cywilizacyjnego świata.
Za ladą stał jakiś Chińczyko-Australijczyk, więc domyśliłam się, że będą problemy. Poprosić o adaptor, a jak nie zrozumie, to o adapter jest dosyć łatwo, ale zrozumieć odpowiedź w chińsko-angielskim, wierzcie mi, przerasta to czasem rodowitych Australijczyków, a tym bardziej mnie.
W końcu dowiedziała się, że kupię to w City.
Niby byłam w City. Adelajda to przecież miasto nie wieś, ale, ale... City, to jest City, ja mieszkam w suburbie (przedmieściu) zwanym Glenelg. Akcent na ostatniej sylabie, co się okazało ważne, bo jak akcentowałam GlEneleg, to nikt nie rozumiał o co mi chodzi i gdzie właściwie chcę jechać.
To, co nie wytłumaczalne, wytłumaczyła mi dwa lata później nauczycielka z college'u: gdy próbujesz coś powiedzieć po polsku, czesku, niemiecku, jakiemukolwiek, akcentując wyrazy nie tak jak trzeba, może brzmi to dziwnie, a nawet śmiesznie, ale byle głupek cię zrozumie. Gdy akcentujesz wyraz angielski inaczej niż powinnaś, oni tego nie pojmą...
Okej, mniejsza o Glenelg - tu gdzie byłam, był koniec trasy tramwaju, więc zawsze jakoś wrócę, a do City po adapter dojadę owym tramwajem. W razie czego wezmę więc wajchę i po torach... po torach... dotrę do hotelu.
Tu mała dygresja: była dziewiąta rano, od pięciu godzin oszołomy grały w tę siatkówkę tuż pod moimi oknami, był jakiś turniej ogólnostanowy, czy światowy, nie wiem, wiem, że jak mnie obudziły gwizdki sędziów i doping widowni, tak już zasnąć nie było sposobu.
Druga dygresja: mimo dziewiątej rano (co ja robię w tramwaju o dziewiątej?! każdy, kto mnie zna, wie, że dla mnie to mniej więcej druga w nocy!) już było bardzo gorąco. Bardzo. Ale ja lubię ciepło! Uwielbiam słońce, upał i skrzący się w promieniach świtu ocean!
Odziana w moje frotowe skarpetki - na wszelki wypadek, gdyby okazało się zimno, zresztą innych nie miałam - adidasy i koszulkę polo postanowiłam, skoro już jestem na nogach o bladym świcie, zwiedzić adelajdzki ogród botaniczny, bo mają tam wielkie, wspaniałe rosarium!!!
Gdy dotarłam do ogrodu - cztery przystanki piechotą od tramwaju w City - zrobiło się... jakby to wyrazić... tak gorąco, że nawet ja poczułam, iż jest nawet za dobrze, jak dla mnie. Przypomniałam sobie, że powinnam kupić jakąś wodę, bo człowiek w upale się odwadnia. I ruszyłam na zwiedzanie ogrodu botanicznego jako jedyna zwiedzająca.
Było samo południe.
Pierwsze, co mnie zachwyciło, to drzewa prosto z Władcy Pierścieni. O raaaany... ależ one miały nogi... Jakby wciągały je w twoją stronę, by cię pochwycić i zmiażdżyć... Krótki filmik poniżej. (Moja rodzina później dworowała sobie ze mnie, że Kasia przywiozła z Australii trzydzieści dwusekundowych filmików, i tak jakoś było).

video

 Drugie, co mnie zachwyciło, to ogromny szklany pawilon, w którym rósł las deszczowy. Co jakiś czas, w najmniej spodziewanych momentach, gdy ty akurat siedzisz na ławce i upajasz się widokiem niebosiężnych palm pod szklanych dachem, zaczyna padać tropikalna mżawka - dobrze, że nie ulewa - już i tak mokra, jesteś mokra jeszcze bardziej. Filmik poniżej.

video
 
Trzecie, co powinno mnie zachwycić, to rosarium, ale wszystkie róże zwiędły. Mimo nawadniania nie wytrzymały upału.
Dziwne, ja w adidasach i skarpetkach frote wytrzymuję, a róże nie?
Ponieważ zrobiło się tak gorąco, że nawet mi ten upał zaczął z lekka dokuczać, postanowiłam wrócić do hotelu i pogapić się na plażę. Oni koło dziesiątej przerywali rozgrywki, bo ktoś im tam ciągle mdlał, i zaczynali gdzieś po zmroku...
Do tramwaju miałam jak wiecie cztery przystanki. Bosz... co to dla mnie, jak kawałek Marszałkowskiej... Idę... idę... idę... Rany, ale gorąco... w środku miasta od nagrzanego asfaltu jest jeszcze bardziej nieznośnie. Schłodziłam sobie trochę włosy, popiłam parę łyków wody, odpoczęłam w cieniu, w którym było i tak jak w piekarniku, i idę dzielnie dalej. Przecież nie pokona mnie zwykły upał!
Jakoś tak na wysokości drugiego przystanku skonstatowałam, że coś ze mną jest nie tak. Idę dzielnie naprzód, bo byle co mnie nie powstrzyma, ale... nogi jakoś tak wolniej pracują, w oczach mi czerwienieje i jakaś dziwna słabość mnie ogarnia. Odruchem lekarza złapałam się za nadgarstek i... mam tętno ze 180/minutę.
O ja cię - pomyślałam - upór, uporem, ale chyba właśnie dostaję udaru słonecznego!
Olałam następne dwa przystanki i skręciłam do najbliższego klimatyzowanego centrum handlowego (bo szłam ulicą pełną sklepów i restauracji).
Dziewczyny... jak padłam na najbliższe siedzenie w tym przemiłym chłodzie, to przez bite pół godziny nie mogłam ruszyć ani ręką ani nogą, słaba jak dziecko. Nawet wody nie mogłam sobie kupić, bo nogi (w skarpetkach frote) odmawiały mi posłuszeństwa.
Dopiero tam, w tym centrum, wpadł mi w oko artykuł na pierwszej stronie gazety, jako nius dnia: HOT ALERT!!! Jeśli możesz, siedź, głupia Kasiu w hotelu, jeśli musisz zwiedzać rosarium, nałóż kapelusz, a nie leź z gołą głową, bo ci się mózg zagotuje i białka w oczach zetną, wysmaruj się kremem z filtrem (no na to nigdy nie zdołali mnie namówić) i pij co najmniej trzy litry wody (tu spojrzałam na moją malutką, smętną butelczynę).
W końcu, gdy już mój mózg nieco oziębł, białka oczu zbielały, a serce się uspokoiło i dotarłam do tramwaju, a potem do hotelu, akurat lunął deszcz. Przy czym ten deszcz był chyba jeszcze gorętszy, niż powietrze, a na pewno nie chłodził, bo przywiał go wiatr z pustyni, a tam było - choć to chyba niemożliwe - jeszcze goręcej.
Australia uczy szacunku i pokory. Tego dnia było 42 stopnie w cieniu. W środku miasta termometry wskazywały z pięćdziesiąt. I powiem Wam coś, dziewczyny: to nie do końca była moja głupota. Po prostu powyżej pewnej temperatury - a wiem to po półrocznym pobycie w tym kraju - nasz organizm nie widzi różnicy między 36 a 42. Jest po prostu cholernie gorąco.
A ja i tak nigdy - NIGDY! - łażąc do szkoły i po mieście - nie nałożyłam kapelutka i nie wysmarowałam się ohydnym kremem z blokerem 50. Bo zasady trzeba mieć. Jakaś tam Australia moich nie złamie.
I powiem Wam, że nigdy mimo to nie dostałam poparzenia skóry ani udaru. Bo Australia moich zasad nie złamie, ale ja na swoich błędach się uczę. :)

c.d.n.