wtorek, 27 stycznia 2015

"Pani Ferrinu" coraz bliżej...

... i koniec naszej wspólnej ferrińskiej przygody też coraz bliżej. (Chociaż... nie wiadomo, co Ferrin w przyszłości jeszcze czeka, parę pomysłów z nim związanych mam).

Zbliża się premiera ostatniego tomu Kronik, rozwiązanie wszystkich wątków, wyjaśnienie wszelkich tajemnic, ostatni wybór dany Anaeli przez bogów i ostatni dokonany przez nią.

Nie powiem nic więcej niż to, że książka, a więc i całe Kroniki kończą się... tak jak powinny się zakończyć. Bardzo jestem ciekawa, czy spodoba Wam się i całość, i właśnie takie a nie inne zakończenie. Na razie mogę Was zapytać, czy się podoba okładka... :)

Teraz wracam do pisania (bo chyba znów zaczęłam móc - dzięki Waszemu wsparciu i przytulaniu)...


niedziela, 25 stycznia 2015

Nie mogę pisać.

Przepraszam, kochane, że Was tu zaniedbuję, ale chyba wszystko i wszystkich ostatnio zaniedbuję. Próbuję pisać radośnie, uśmiechać się do świata i ludzi, ale coraz trudniej grać zadowoloną i szczęśliwą, skoro wcale tak różowo nie jest.
Coś mi nie do końca wyleczyli this thing, którą mi usuwali pod narkozą, a ja wtedy programy telewizyjne wymyślałam, bo nadal jest źle. Czuję się źle, słabnę i wcale nie wiem, czy ta moja utrata wagi to dzięki diecie żelkowej, czy czemuś mniej radosnemu.
Tak więc wybaczcie, że nie wrzucam na blog radosnych, pełnych otuchy tekstów, ale całą siłę jaka mi jeszcze została próbuję spożytkować na napisanie książki, która powinna ukazać się w marcu.
Wena jest, czeka, ale jestem taka skołowana i wiecznie zmęczona, że nim siądę do komputera, to zasypiam, a wena czeka... i czeka...

Miałam przypomnieć o premierze "Pani Ferrinu", ale bardzo, bardzo chcę siebie i może Was pocieszyć tym oto cytatem niezrównanego ks. Twardowskiego...
I dopiskiem od siebie.


PS. Czy umiecie się jeszcze przytulać? Tak bez powodu - albo gdy jest smutno i źle - do ukochanego, do przyjaciółki, do siostry, do mamy? Ja już chyba nie potrafię...

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Jestem kobieta pracująca :)))

Jeśli 4x4 to ja wolę suzuki...
W mojej notce biograficznej można przeczytać, że z wykształcenia jestem lekarzem weterynarii, z powołania pisarką. Wszystko się zgadza. Ale niewiele ludzi zdaje sobie sprawę, jaką wiedzę i umiejętności jeszcze zgłębiłam po drodze.
Myślę, że lista wyda Wam się nie tylko długa, ale też całkiem interesująca...
1. Po liceum rok na zootechnice - zaliczyłam kilkumiesięczne praktyki z hodowli koni, bydła, drobiu, trzody chlewnej, owiec (odebrałam ze sto porodów przy okazji) oraz... zbierania kamieni - w epoce socjalizmu studenci byli używani do różnych celów, my m.in. zbieraliśmy kamienie z pola oraz pyszne śliwki opal - polecam!
2. Studia na medycynie weterynaryjnej - zaraz po studiach otworzyłam malutką lecznicę i zajęłam się tym co kocham: leczeniem zwierząt, dwa lata później dostałam jeszcze wspanialszą pracę - lekarza w ogrodzie zoologicznym
3. Podyplomowe studia (marketing i zarządzanie) na SGH - a potem kilka lat pracy w zarządzaniu nieruchomościami - spodziewałybyście się? :)
4. Podyplomowe studia produkcji telewizyjnej i filmowej - zaczęłam, ale nie skończyłam, za to poznałam ciekawych ludzi
5. Studium psychotroniki - również zaczęłam, chociaż nie skończyłam, za to z poznanymi tam ludźmi przyjaźnię się do dziś, a i różne fajne umiejętności i wiedza mi zostały, skorzystałam z nich m.in. przy pisaniu "Poczekajki", czy "Sekretnika"
6. Teraz będą kursy, równie interesujące:
- kurs witrażownictwa :) - nie byłam dobra w te klocki, ale dwa witrażyki wykonałam (nieco krzywe)
- kurs projektowania ogrodów - to akurat mi się podobało i teraz z niego korzystam
- kurs architektury wnętrz - przyjaciele i rodzina zgodnie twierdzą, że mam do tego smykałkę
- kurs grafiki komputerowej - photoshop mam opanowany, ale illustratora nie byłam w stanie ogarnąć rozumem :/
- kursy językowe: angielski, niemiecki, rosyjski - trochę po łebkach, dogadać się dogadam, ale biegle żadnym nie mówię, szkoda...
7. Umiejętności, które nabyłam jako samouk:
- komponowanie muzyki
- montaż filmów (to naprawdę lubię)
- szermierka, jazda konna, strzelanie z łuku i... z broni krótkiej ;) - ale to tylko dla potrzeb powieściowych
8. Zawody, które wykonywałam
- sprzątaczka na koloniach dla dzieci (jeszcze nim zaczęłam studia)
- pomoc kuchenna tamże (tak, tak, wiem co to praca na zmywaku)
- sprzedawczyni w sklepie spożywczym :) w wakacje
- prace wszelkie w spółdzielni studenckiej 
- lekarz weterynarii oczywiście
- zarządca nieruchomości
- pisarka, grafik, montażystka, reżyser, scenarzystka, producent i takie tam ;)

Uff... to byłoby chyba wszystko. Zawsze byłam niesamowicie ciekawa świata, ludzi i nowych umiejętności. Chłonęłam wiedzę z najróżniejszych dziedzin życia i tak jest do dziś. Mam napisać krótki rozdział, czy wręcz akapit, a zgłębiam temat, jakbym miała stworzyć naukowe opracowanie...
Teraz niesamowicie fascynuje mnie programowanie 3D, może pójdę na jakiś kurs, po którym będę mogła programować nerki... albo chociaż sztuczną skórę...? Kto wie...

Przyznajcie, którą umiejętnością, kursem, studiami, czy pracą zaskoczyłam Was najbardziej?
:)

PS. Hahaha, wklejając ilustrację "Kobiety na traktory" przypomniałam sobie, że miałam także kurs prowadzenia ciągnika siodłowego (czy jakiegośtam) i nawet do egzaminu na prawo jazdy kategorii T podchodziłam, ale... nie zmieściłam się w bramie. :))) Co oczywiście opisałam w jednej z moich powieści...

czwartek, 15 stycznia 2015

Uwaga, ważna książka!

Ważna książka, poruszająca ważny temat. Jeszcze przed premierą zbierała świetne recenzje. Wcale się nie dziwię, że jest już na 11 miejscu bestsellerów empik.com
Czytałyście? Macie zamiar przeczytać?
Bo ja mam:


Magdzie Witkiewicz gratuluję, a Wam przypominam, że możecie uratować życie Waszej bliźniaczej duszy, umierającej na białaczkę. I to całkiem prosto. Zgłaszacie się do Fundacji DKMS oni przysyłają Wam do domu waciki, na które pobieracie próbkę śliny i odsyłacie je na koszt fundacji. Nic więcej nie trzeba.
Do dzieła, dziewczęta!
Kiedyś (odpukać) któraś z Was może potrzebować pomocy...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ambicja!

Tak, mam ambicje, zupełnie nowe ambicje, które rozbudziły we mnie dwa filmy. Jeden pełnometrażowy, ale o nim napiszę kiedy indziej, drugi krótkometrażowy, który musicie, po prostu MUSICIE z kilku względów zobaczyć.
Po pierwsze: jest to nasza rodzima produkcja znakomitej polskiej firmy Platige Image (wszyscy chyba znamy jedną z jej produkcji "Katedrę" Tomasza Bagińskiego)
Po drugie: została wyprodukowana na zamówienie Europejskiej Agencji Kosmicznej, by promować misję Rosetta (dzięki temu wiem, co to jest owa misja)
Po trzecie: to po prostu trzeba zobaczyć, by poczuć się dumnym z bycia Polakiem

Oto "Ambition":


Nie wiem jak dla Was, dla mnie to wielkie ŁaaaaŁ!
Jeśli chodzi o moje ambicje, to pewnie się ich domyślacie. Ja nie odpuszczam. Więcej: widząc, że ktoś może coś takiego stworzyć, jestem chyba jeszcze bardziej uparta - sorry, zdeterminowana - by osiągnąć swoje cele. Jakie? O tym już niebawem.
Tymczasem pooglądajcie sobie materiały na stronie Platige Image, choćby teasery do Wikingów, czy Wiedźmina. Są genialni, co tu dużo mówić...

niedziela, 11 stycznia 2015

Wybrałam...

Pytałam Was niedawno, co wolałybyście przeczytać: radosne "Spełnienia marzeń", czy dramatyczne "Nie oddam dzieci!".
Głosy rzeczywiście rozłożyły się w miarę równo, ale... stwierdziłam, że w zimę, w taką pogodę jaką mamy za oknem, dramatyczna książka o zabijanej na zakręcie śmierci kobiecie i dziecku normalnie wpędziłaby mnie w depresję ("Bezdomną" dałam radę napisać tylko dlatego, że było lato...).
A i Wy chyba na wiosnę wolałybyście poczytać coś pogodnego.
Wracam więc do "Spełnienia marzeń" i to tą książką, po "Pani Ferrinu", której premiera już 11 lutego, rozpoczniemy przygodę pisarsko-czytelniczą w roku 2015.
Cieszycie się?
:)

piątek, 9 stycznia 2015

Tadam! Chcieć to móc :)


Naprawdę nie wierzyłam, że uda mi się jeszcze kiedykolwiek ten wyczyn - wcisnąć się w suknię zachciankową (to nie jest ta sama, co z wpisu o wychodzeniu za mąż). Ktoś zapyta - wyczyn? Tak. Bo ta suknia ma rozmiar 36, a ja jeszcze z pół roku temu przywdziewałam ciuchy w rozmiarze 42.
Zawsze byłam raczej szczupła, czasem nawet chuda, ważyłam gdzieś w granicach 50kg plus minus 2, a tu podczas drugiej ciąży przytyłam dokładnie 33kg. Nie wiem, jak to się stało, ale tak było.
Gdy urodził się Patik oczywiście schudłam. Do 67. I za chińskiego pana nie mogłam więcej.
Kiedyś, gdy przekraczałam magiczną granicę 52kg po prostu przestawałam jeść i już, a teraz... mogłam nie jeść, nie pić, nie spać i nic. Ani grama mniej.
Może specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo już nie musiałam się nikomu podobać, siedząc sobie sama samiutka w zaciszu Poziomki?
Jednak w pewnym momencie, nie przypomnę sobie teraz kiedy, postanowiłam coś z tym zrobić.
Przestałam jeść (no dobra, jadłam żelki, dużo żelek - nie bierzcie ze mnie przykładu) i... schudłam 2kg. I znów nic.
Strasznie było to demotywujące. Już miałam machnąć ręką, ale... uparta jestem.
Wkurzyłam się na siebie.
Przeszkadzała mi ta waga, źle się z nią czułam (mówię o mojej masie ciała, nie o wadze łazienkowej - tę w pewnym momencie miałam chęć wywalić przez okno), czułam się jakaś taka...  jak nie ja.
Akurat było lato, dużo pływałam, przekopywałam ogród, sadziłam róże i śliwy węgierki. I jadłam żelki. :)
Nagle kilogramów zaczęło ubywać. Po 100g dziennie, ale jednak.
Dzisiaj ważę dokładnie 55kg. I postanowiłam wcisnąć się w suknię, którą miałam na sobie sześć lat temu, tę z okładki "Zachcianka" (bardzo ją lubię, nota bene :).
I oto, tadam!, wcisnęłam się!
Wprawdzie sznurować gorsetu nie trzeba było i ledwo łapałam oddech, ale udało mi się.
I piszę to Wam ku pokrzepieniu.
Jednak chcieć to móc. A bardzo chcieć, to więcej móc.
Walczcie więc o swoje marzenia, nawet jeśli są tak głupie i mało ważne, jak to moje, żeby znów włożyć suknię zachciankową.
Teraz czas na nieco mądrzejsze i większe, no nie?
:*

PS. I odstaw te żelki, nałogowcu, bo ci się mózg zlasuje! - to było do mnie ;D
PS2. Nie no, przyznaję: nie było łatwo schudnąć. Było bardzo trudno...A już gdy bierze się leki hormonalne czy jakieś inne, jest to zupełnie niemożliwe...
PS3. Chyba nikt na poważnie nie wziął moich słów, że przez pół roku żywiłam się TYLKO żelkami. Po prostu stosowałam dietę "mj" - mniej jeść - ale "dieta żelkowa" ładniej brzmi.

środa, 7 stycznia 2015

Warto pomagać :)


Pieniądze trafiły na konto hospicjum. :)

Do tych za książki z autografem, które kupiłyście Wy, kochane Czytelniczki, dorzuciłam trochę swoich i dzieciaczki z Podkarpackiego Hospicjum otrzymały świąteczny upominek.
Cieszę się i dziękuję Wam za wspólną akcję.
Nadal są jeszcze książki do kupienia, chociaż powoli się kończą, nadal możecie wspomóc hospicjum, akcja trwa: TUTAJ

Wklejam podziękowanie nie dlatego, żeby się chwalić jaka jestem wielkoduszna, ale żebyście Wy wiedziały, że rzeczywiście pieniądze w całości, a nawet w 150% trafiły tam, gdzie powinny.

wtorek, 6 stycznia 2015

Dzień, który zmienił Twoje życie...


Są takie chwile, gdy nasze życie - to oswojone i znane, które wydawało nam się niezmienne - nagle staje na głowie, robi zwrot o 180 stopni, pryska niczym mydlana bańka...

Czasami prowadzi to do tragedii, albo jest tragedią, czasami - szczególnie z perspektywy czasu - okazuje się, że zmiana wyszła nam na dobre (a w moim przypadku na świetne, dzięki ci, Losie, za tamten dzień...).

Myślę, że największym wstrząsem a takich chwilach jest sam fakt nagłej, gwałtownej zmiany. My nie lubimy zmian. Szczególnie niezapowiedzianych. Lubimy gdy nasze życie toczy się z góry ustalonym torem. Oczywiście tak niespokojne duchy jak ja potrafią z dnia na dzień znaleźć się na drugiej półkuli, "bo tam mnie jeszcze nie było", ale... powiedzmy że to moja spontaniczność. To lubię. Gdyby mnie jednak porwano i na drugą półkulę wywieziono... Czujecie różnicę?

Może to kwestia kontroli nad swoim życiem i jej braku? Gdy ja tracę kontrolę, wpadam w panikę. A nim ową panikę opanuję i odnajdę się w nowej rzeczywistości, zahaczam o depresję.

A jak to jest z Wami?
Miałyście w życiu taki dzień, taką noc, taki moment, który zmienił dosłownie wszystko? Jeżeli chcecie, podzielcie się tym ze mną. Z chęcią wysłucham Waszych opowieści. Tylko pliss, niech kończą się happy endem, jak u mnie...

poniedziałek, 5 stycznia 2015

"Nie oddam dzieci!" - początek

Wiem, że czekacie na następną książkę z serii z czarnym kotem, tej którą zaczęły "Nadzieja" i "Bezdomna". Owszem, zaczęłam pisać coś... bardzo drastycznego i bardzo prawdziwego, co mogłoby się przydarzyć każdemu z nas... Pijany albo naćpany bandyta za kierownicą swojej beemwicy może jeszcze dzisiaj, na tym cholernym zakręcie śmierci, zabić mnie i moje dziecko.
Gdy zaczynam opowiadać Wydawcy o tej książce, już płaczę, nie wiem więc, jak ją napiszę, ale napisać muszę. 
I chyba tym razem rzeczywiście do książki będzie dołączona paczka chusteczek.

Oto prolog z roboczą okładką. A na końcu zadam Wam ważne pytanie...



NIE ODDAM DZIECI!


Michał Sokołowski jest utalentowanym chirurgiem, bezgranicznie oddanym pracy, która stała się jego powołaniem i obsesją. Uwielbiają go pacjenci i personel szpitala, w którym pracuje, szanują koledzy, ceni dyrekcja. Ma piękną i mądrą żonę, którą kocha z wzajemnością i troje dzieciaków, za które skoczyłby w ogień. Niewielki domek na przedmieściach, wesoły psiak, ganiający po podwórzu i kot wygrzewający się przy kominku – oto idealne życie, które Michał wymarzył sobie jeszcze na studiach i które dzień po dniu, cegiełka po cegiełce budował.
W Marcie, drobnej, ślicznej blondyneczce, studentce dziennikarstwa, zakochał się z wzajemnością na pierwszym roku studiów. Pobrali się gdy tylko ona zarobiła na ślubną suknię, a on na pierwsze wynajęte mieszkanko. To zakochanie zostało im do dziś, ale Michał w ostatnich latach zaczął zatracać się w pracy tak bardzo, że zagubił gdzieś między niekończącymi się dyżurami to, co najważniejsze.
Nie widział, bo nie chciał widzieć, że dzieci zaczynają go traktować jak gościa, który wpada w odwiedziny i znika, nim zdążą się nim nacieszyć. Nie widział, że Marta, która poświęciła własną karierę dobrze zapowiadającej się dziennikarki na rzecz domu i szczęśliwej rodziny, jest coraz bardziej zmęczona, sfrustrowana i rozżalona.
Gdy wyrzucała mu to podczas coraz częstszych kłótni, kajał się i przepraszał. Rozumiał ją, naprawdę!, i wspierał. Duchowo. Na nic więcej - pędząc od pacjenta do pacjenta i od operacji do operacji – nie miał czasu. I podczas tej gonitwy szybko zapominał o obietnicach dawanych dzieciom i żonie.
Gdy skonany wracał do domu, Marta… nie mówiła nic. Zaciskała usta w wąską kreskę, nastawia policzek do zdawkowego buziaka, a potem patrzyła jak mąż, którego nadal starała się kochać całym sercem, zasypia nad talerzem z zupą.
Dzisiaj Michał wstaje przed świtem, gdy dzieci jeszcze śpią, całuje delikatnie, tak żeby nie obudzić, trzynastoletnią Maję, sześcioletniego Zbynia i najmłodszego, najukochańszego Antosia, i już jest gotów wracać do szpitala, ruszać w bój ze śmiercią, ratować życie następnego pacjenta.
W progu zatrzymuje się, na palcach wraca do sypialni, by jeszcze chwilę popatrzeć na swoją ukochaną żonę, śpiącą na boku z długimi włosami rozsypanymi na poduszce. Jest piękna, teraz, w ostatnim miesiącu ciąży z ich czwartym dzieckiem, wydaje się Michałowi najcudowniejszą istotą pod słońcem. A jednak opuszcza ją. Praca wzywa…

Tadek Marszak jest kierowcą tira, kursującym na trasie Polska – Włochy z dość niewdzięcznym towarem, jakim są konie na rzeź. Nie to, żeby żal mu było tych głupich chabet, ale kłopotu z nimi po drodze, i nie tylko z nimi, do porzygania.
Tadek ma wyższe aspiracje, niż wożenie o aspiracjach właściciela korporacji przewozowej, które z powodu lenistwa Tadka nie mają szans się spełnić. Bardzo go to frustruje, a że po powrocie z trasy nie ma żony, na której mógłby frustracje odreagować, tłucze starą, schorowaną matkę. Na określenie „tłucze” obruszyłby się zapewne, bo przecież nie bije jej do nieprzytomności, ot „szturchnie”, by stara ruszyła się z wyra i obiad ugotowała, dom ogarnęła, a nie wyleguje się całymi dniami i spracowany syn sam musi sobie jajecznicę zrobić.
Tadek ma jeszcze jedno hobby, które jeszcze lepiej robi na jego skołatane nerwy: zagania konie na pakę, dźgając je metalowym prętem pod napięciem 6 000 woltów. Robi to z tak dużym entuzjazmem, że nawet jego bezduszny szef musi nadgorliwca czasem studzić.
Za to w drodze do Włoch Tadek używa sobie do woli, nie tylko na nieszczęsnych zwierzętach. Otóż przed „akcją” lubi sobie popić. Niedużo. Tak dla animuszu. I już czuje się nie jak wyrobnik, a jak pan świata. Panisko raczej.
Widzicie podpitego kierowcę tira, gnającego ile mocy w silniku po polskich drogach?
Właśnie…
Dzisiaj Tadek ma wolne i może zabalować. Matce zwinął skromną rentę, zupełnie nie martwiąc się, czy będzie miała co do garnka włożyć. Skoro jest taka głupia i trzyma pieniądze w puszce na herbatę, to niech żre trociny. Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, Tadek staje przed lustrem, pręży muskuły, których nie ma, zaczesuje przerzedzające się włosy, narzuca na ramiona białą koszulę, sweter w serek i skórzaną kurtkę. Może ruszać w miasto, chociaż tę pipidówę trudno nazwać miastem. Jednak i tu zdarza się Tadkowi wyrwać łatwą lalę, która da się obmacać na tylnym siedzeniu starej beemwicy. Grunt to dobry bajer, a on umie bajerować.
Dzisiaj się więc zabawi. Ma to jak w banku.

Albert Niro-Kołek, używający rzecz jasna lepiej brzmiącego Niro, jest synem polityka, znanego z tego, że jest politykiem, i celebrytki, znanej z tego, że jest znana. Ich małżeństwo trwało krótko. Po trzech latach kłótni i bijatyk – a to wszystko na oczach dziecka – rozstali się w końcu cicho i bez fanfar, z jakimi odbył się ich ślub. Tym razem nie zależało im na medialnym szumie. Rozwód nie jest dobrą reklamą. Ojciec z ulgą opuścił dom, byłą żonę i dziecko, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość: na ich utrzymanie łożył. Sprawa o alimenty też nie jest dobrą reklamą.
Albert nienawidzi swojej matki, która może kiedyś i była piękna i podziwiana, teraz zaś, po latach balang, hektolitrach alkoholu i metrach kokainowych ścieżek, wygląda na podstarzałą kurwę – to ostatnio jedyny syn rzucił jej w twarz. Popłakała się i poszła do swojej sypialni zapić smutek. Jutro obudzi się na kacu i nie będzie pamiętała nic. O synu też zapomni, aż do następnego spotkania, kiedy ten przyjdzie po forsę, i następnej kłótni.
Albert nienawidzi swojego ojca, bo po pierwsze gardzi polityką, po drugie gardzi ludźmi, którzy zmieniają poglądy jak chorągiewka. Ojciec Alberta zaliczył już chyba wszystkie ugrupowania polityczne, zawsze jednak będąc blisko ręki, która aktualnie karmi. Należy do szarej eminencji, nie pcha się na świecznik, ale swoje robi i może dużo. Tak dużo, że wyciągnął syna z aresztu następnego dnia po tym, jak ten „dla jaj” podpalił człowieka. Nie człowieka. Bezdomnego. Stary lump konał w mękach przez trzy dni. Albertowi się upiekło. Ojciec mu tylko twarz obił – nie za to, że podpalił tego kundla, a za to, że naraził karierę polityczną Romana Kołka.
Albert obiecał sobie, że nigdy więcej nie da się złapać, a ojcu, że nie zszarga jego nazwiska. Pod warunkiem jednak, że ten nadal będzie łożył na utrzymanie pierworodnego. Albert szczyci się bowiem tym, że nie przepracował w swoim trzydziestoletnim życiu ani jednego dnia. I matka, i ojciec od dziecka zamykali mu usta pieniędzmi, bo bękart sporo pikantnych plotek o ich pożyciu mógłby sprzedać tabloidom. Układ więc jest jasny: oni dają forsę, on milczy i nie rzuca się mediom w oczy. A jeżeli już to pod fałszywym nazwiskiem.
Dzisiaj Albert, wciskając do portfela kupiony za ciężkie pieniądze „alternatywny” dowód osobisty, rusza na łów. Jeszcze nie wie, co padnie jego łupem – raczej kto, nie co, bo Albert poluje na ludzi - ale ma zamiar ten dzień uczynić pamiętnym dla siebie i dla świata. I uczyni.

Michał, Tadek i Albert…
Losy tych trzech tak różnych mężczyzn już niedługo splotą się nieodwracalnie.
Jeden ocali ludzkie życie.
Drugi zabije dwie niewinne istoty.
Trzeci zawiśnie w więziennej celi.
Zaś bezprawiu i niesprawiedliwości jak zwykle stanie się zadość.

c.d.n.

A pytanie do moich Czytelniczek brzmi: którą z książek wolałybyście przeczytać w marcu, jako pierwszą: dramatyczną i poruszającą "Nie oddam dzieci!", czy pogodną, zwariowaną "Spełnienia marzeń!"?