sobota, 18 lutego 2017

Plan wydawniczy na lata 2017 - ...

Życie nauczyło mnie nie robić planów na przyszłość dalszą niż najbliższy tydzień, ale mam tyyyle pomysłów na nowe książki, że postanowiłam jakoś sobie to wszystko poukładać. Chociażby po to, by wiedzieć kiedy dokąd i po co mam wybywać. :)))

Niektóre z tych tytułów są okryte tajemnicą, ale wierzcie mi: BĘDZIECIE NA NIE BARDZO CZEKAĆ, gdy będę już mogła je przedstawić. :) Teraz są przygotowane informacyjnie dla Wydawców.

W ogóle moja kreatywność, wyobraźnia, umysł, zapał, chęci, niespożyta energia i co tylko chcecie tak się w Australii rozwinęły, że mam pomysły nie tylko na książki! Jak znajduję czas, by to wszystko ogarniać, załatwiać, prowadzić wielogodzinne rozmowy z Polską i ludźmi, którzy moje plany pomogą realizować? Nie mam pojęcia.
Dzisiaj poczułam się wreszcie zmęczona, ale też ostatnią rozmowę skończyłam gdzieś tak o 4 rano, więc mam prawo lekko opaść z sił. Zapominam czasem, że normalni ludzie miewają wakacje, weekendy, święta. Ja już nie pamiętam, kiedy ostatnio wyjechałam bez laptopa (z wordem i photoshopem) i telefonu...

Nacieszcie więc oczy okładeczkami.
Zgadnijcie, co się kryje pod "Niespodziankami", a przede wszystkim o czym będzie "Walcz, albo giń".
Domyślacie się? ;)

PS. Kolejność może się zmienić. "Miasto Walecznych" może doczeka się szybszej premiery? Wiem, że wiele z Was czeka na tę powieść najbardziej, ja też!, więc wszystko możliwe...

czwartek, 16 lutego 2017

I znów jestem autorką międzynarodową! :))

Wczoraj dostałam wspaniałą informację: "Bezdomna" została zakupiona przez najlepsze i największe wydawnictwo wietnamskie. Właśnie jest w trakcie tłumaczenia. I - uwaga! - mam nadzieję, że tym razem wyjdzie z odpowiednią okładką. (Przynajmniej prosiłam o zapis w umowie, że ową okładkę muszę zaakceptować).

Oto więc wszystkie moje książki, wydane do tej pory za granicą: w Rosji, w Wietnamie i na Ukrainie:

Lato w Jagódce (Rosja)

 "Bezdomna" (Wietnam)
 "Rok w Poziomce" (Rosja)
 "Bezdomna" (Rosja i Ukraina)
 "Nadzieja" (Wietnam)
Ciekawe, co będzie dalej? :))

niedziela, 12 lutego 2017

IV tom Serii Kwiatowej, czyli...

..."Zakątek Anieli".

Powiem Wam - czy chcecie w to wierzyć, czy nie - ale jeszcze nie postawiłam ostatniej kropki w "Przystani Julii", a już wiedziałam, co by się działo, gdybym zdecydowała się na ciąg dalszy.
Pomysł musiał trochę odleżeć, bo czasem muszę odpocząć od bohaterów i wydarzeń w danym cyklu, ale postanowiłam zaraz po ukończeniu Leśnej Trylogii powrócić do willi Sasanka na uliczce Leśnych Dzwonków.
Chciałabym by była to spokojna, nostalgiczna opowieść, jednak znając mnie nie będzie. :)
Zacznie się smutno, nawet bardzo smutno (już trzy lata temu wiedziałam jak), lecz mam nadzieję i będę się starała ze wszystkich sił, by zakończyła się szczęśliwie.
Przyznam, że cieszę się na ten powrót.
Lubiłam to miejsce, lubiłam bohaterów.

Żałuję jedynie, że zaprojektowana przeze mnie okładka - a była jedną z propozycji do "Ogrodu Kamili" - jest podobna do innej okładki tego samego Wydawcy (uczciwie dodam, że zapytano mnie najpierw, czy nie będę miała nic przeciwko temu - wtedy nie miałam, teraz trochę szkoda, bo chciałam mieć to zdjęcie właśnie w serii kwiatowej). Dziewczyny na fanpejdżu od razu to rzecz jasna wyłapały! :)
Wprawdzie nie pomyliłybyście mojej książki z żadną inną, przynajmniej te z Was, które znają moją twórczość lepiej ode mnie, ale żeby uniknąć zarzutów, że "Michalak nie ma pomysłów na okładki i powiela inne" (choćby nawet te inne powstały później niż moje, ale nie będę tego każdemu tłumaczyć, no nie?) przysiadłam i popracowałam nad nowym "Zakątkiem Anieli".
I suma summarum bardzo się cieszę z tej sytuacji, bo drugi projekt podoba mi się bardziej niż ten pierwszy.

A Wam?
To był poprzedni projekt:

A kiedy "Zakątek" się ukaże?
Jeżeli wszystko uda mi się tak, jak to zaplanowałam, wczesną jesienią. Najpierw ukaże się oczekiwana "Czerwień Jarzębin", potem "Błękitne Sny", czyli ostatni tom leśnej trylogii i zajmę się właśnie "Zakątkiem Anieli".




poniedziałek, 6 lutego 2017

Powrót do przeszłości, czyli ciąg dalszy nastąpi?

Siedząc tutaj, na obczyźnie, tęskni się. Do Polski, do przyjaciół i rodziny, do domu zwanego Jagódką, nawet do zimy (choć dla mnie, osoby wybitnie ciepłolubnej zima to rozpacz w kratkę, ale przecież taka swojska!).
I z tej tęsknoty przychodzą człowiekowi, a szczególnie człowiekowi, który jest pisarką, różne pomysły. Na przykład powrót do swojskich klimatów.
Wczoraj postanowiłam wstrzymać się z rozpoczęciem nowego cyklu (chociaż pomysł, pierwsze rozdziały i nawet okładka już jest), za to dopisać ciąg dalszy do którejś z serii.

I oto dwa pytania do Was, kochane Czytelniczki:
1. Kontynuację której serii przeczytałybyście najchętniej?
2. Do którego cyklu ja wróciłabym najchętniej?
Plany na najbliższe miesiące są więc takie: dokończyć Trylogię Leśną i dopisać następny tom do...

Tutaj jest ściągawka:  Moje książki

niedziela, 5 lutego 2017

Kochamy słodkości, czyli baardzo prosty przepis wprost z Au

Australijczycy nie są mistrzami kuchni. Nie mają wybitnie australijskich dań czy wypieków. Niemal wszystko zapożyczone z Indii, Chin, Tajlandii, kuchni brytyjskiej, trochę z włoskiej. Może jedynie barbi im dobrze wychodzi, przy czym ta urocza nazwa nie pochodzi od lalki a od barbecue. :)
O tak, BBQ to ich sport narodowy. W supermarketach wiszą na przykład całe owce - to znaczy tusze owcze, oskórowane, bez głów, nóg i wnętrzności (trochę makabryczny widok), na półkach piętrzą się zestawy przypraw, gotowe sosy, w chłodniach pocięte na kawałki mięsa albo gotowe do wrzucenia na ruszt, obtoczone w przyprawach kawałki kurczaka.
Dodam - uwaga! - że w parkach i przy nadmorskiej promenadzie co kilkadziesiąt metrów znajdują się hmm... jak to nazwać... stanowiska do BBQ: stoły z ławami i kuchnie na gaz, podgrzewające duże płyty. Za darmo. Co 15 minut gaz się wyłącza i musisz nacisnąć guzik by włączyć go powtórnie. Sprytne, prawda? Nie ma dzięki temu zagrożenia, że ktoś zapomni przekręcić kurek i spłonie pół Australii. Nie muszę mówić, że po skończonej uczcie - a w weekendy wszystkie kuchnie są okupowane przez całe rodziny i grupy znajomych - płyty są wyczyszczone do połysku. Za to też kocham tubylców, za czystość i zdyscyplinowanie.

Natomiast gotując dla Patika, uwielbiam Australijczyków za... lenistwo. Uważajcie: macie ochotę poczęstować gości domową pizzą? Nic prostszego, włączacie piekarnik i w czasie gdy się nagrzewa wyskakujecie do pobliskiego marketu. Tu kupicie gotowe, świeże, właśnie rosnące ciasto na pizzę, sosy do wyboru do koloru, pocięte na małe kawałki wędliny: boczek, kurczaka z grilla, szynkę albo pieczoną wołowinę, starty ser żółty w kilku smakach, pocięte na plasterki pieczarki. Jedyne co musicie pociąć osobiście to papryka, cebula i pomidory. Tego w plasterkach nie widziałam.
Przynosicie więc z marketu gotową pizzę w kawałkach. W pięć sekund składacie ją w całość, do piekarnika i za pół godziny częstujecie gości "domową" pizzą.
Moim odkryciem są filetowane podudzia kurczaka. To genialne! Kupuję kilogram najlepszego mięsa bez kości, przepyszne marchewki, pietruszkę, pora, selera naciowego (bo innego nie znają :) i mam wspaniały rosół.

Ale dzisiaj chciałam się z Wami podzielić czymś, co odkryłam właśnie tutaj, w Australii. Jest to przepyszne i tak banalnie proste do zrobienia, że... powinnam się pochwalić czymś bardziej skomplikowanym, ale po co? :)))
To piankowe skały, czy jak to się tam tłumaczy.
Podaję przepis nie z Queensland, gdzie jestem, a z Adelaidy, gdzie byłam. Dlaczego? Bo Australia wbrew pozorom ("Ot, taka wyspa") jest ogromna. To nie wyspa, to kontynent wielkości Europy. I każdy stan ma swój koloryt, swój klimat oraz swoje specjały.
O tym opowiem kiedy indziej, dzisiaj przepis na coś naprawdę pysznego.

Bierzemy tabliczki czekolady - najczęściej jest to gorzka, ale myślę, że dobrze się sprawdzi mleczna albo deserowa. Na każdą tabliczkę łyżeczkę masła. Roztapiamy, mieszamy. Oczywiście przepis mówi, że roztapiamy w kąpieli wodnej, czyli garnek z wrzątkiem w nim drugi garnek z czekoladą. Ale na własne oczy widziałam, jak moja kumpelka wrzuca po prostu czekoladę do mikrofalówki, po wyjęciu dodaje masło. I już.
Mamy więc roztopioną czekoladę. Czekamy aż trochę wystygnie.
Dorzucamy różnokolorowe pianki. Niewielkie. Mniej więcej wielkości paznokcia. Wtedy są najlepsze. Chociaż w QLD nie patyczkują się i robią ten przysmak z pianek normalnej wielkości.
Na czekoladzie i piankach część przepisu się kończy (włóż do lodówki aż zastygną i gotowe), ale ja pokochałam ten słodki drobiazg za dodanie do czekolady i pianek solonych prażonych orzechów ziemnych i suszonej żurawiny. Orzechy i sól przełamują słodycz, a żurawina dodaje kwaskowatego smaku.
Proste i pyszne!
(Biegnę po czekoladę, pianki, orzechy i żurawinę... ;))