piątek, 27 maja 2016

Ostanie dni na zamówienie Kolekcji!!

Dziewczyny,
to ostatnie dni na zamówienie Kolekcji wszystkich moich książek (wydanych do 2015r.) Przypominam, że kosztują one tylko 11zł z bezpłatną wysyłką, a drugiej takiej szansy nie będzie. Kolekcja kończy się i czas na prenumeratę mija z dniem 31 maja.
Tutaj są wszystkie informacje: https://literia.pl/kolekcje/ksiazki-pelne-emocji-431


Wiem, że znajdą się takie, które będą narzekać, że drogo - choć książka, w którą włożyłam serce i duszę jest tańsza od paczki papierosów, na którą zawsze znajdą się pieniądze - i nie do nich kieruję ten wpis, a do dziewczyn, które chciałyby mieć piękny komplet na półce zamiast raka płuc, zaś o prenumeracie, czy Kolekcji dowiadują się dopiero teraz.

Tutaj znajdziecie jeszcze więcej informacji: http://katarzynamichalak.blogspot.com.au/2015/04/wszystko-co-chcecie-wiedziec-o-kolekcji.html

Ech... łezka mi się w oku kręci, gdy przypominam sobie, ile pracy włożyłam w przygotowanie tej Kolekcji, jak dopieszczałam cały projekt, każdą poszczególną okładeczkę, jak czekałyśmy z dziewczynami na "co drugi wtorek", gdy ukazywał się kolejny tom.
Jestem z niej bardzo dumna, na półce prezentuje się przepięknie, wydanie jest staranne, Wydawca również bardzo się przyłożył, za co jestem Mu wdzięczna.
Przyzwyczaiłam się do "co drugich wtorków" i wymyśliłam "co drugie piątki", czyli powieść w odcinkach lesnatrylogia.blogspot.com ale... to już nie to samo... :))

Dla tych, którzy stracili nadzieję... raz jeszcze

Tu niżej zaśpiewałam dla Was "Hallelujah" Cohena, ale jakiś "życzliwy" doniósł, że łamię prawa autorskie - chociaż podkład muzyczny zakupiłam na legalnej stronie - i usunięto to nagranie.
Kopać się z youtube nie będę, bo nie mam w tym żadnego interesu, ja nie zarabiałam na tym nagraniu, ytb też już sobie na mnie nie zarobi, bo reklamy nie będą się włączać, a Wy i tak możecie sobie śpiewać. Znajdźcie jakiekolwiek karaoke (wersja Alexandry Burke), są ich setki, choć usunięto tylko moje - "życzliwemu" życzę, by to, co wysyła, wróciło do niego po stokroć - i śpiewajcie.

Słowa są pisane prosto z serca, gdy było mi bardzo ciężko.
Może którejś z Was przyniosą takie ukojenie i dadzą nowe siły, jak wtedy mnie.
Dzielcie się nimi z przyjaciółmi i tymi, którym jest smutno i źle.
Śpiewajcie i odzyskujcie Nadzieję.
Przecież nawet najczarniejsza noc kiedyś się kończy. Trzeba tylko doczekać świtu...

A tym z Was, które się nie poddają, raz jeszcze przypominam, jak trudna była moja droga do marzeń...



Gdy czuję, że jest bardzo źle,
Gdy myślę, że już nie ma mnie,
Że zgasłam, że nie został nawet cień
I czekam choć na mały znak
Na płomień świtu, słońca blask
Na jedno z głębi serca Alleluja…

Gdy mrok zagarnia każdą myśl,
Gdy nie wiem, czy chcę dalej żyć,
Jak iść do przodu chociaż brak mi sił
Nadzieje me przepadły gdzieś,
I wiary brak, miłości też,
A w sercu już nie słychać Alleluja…

I nagle wiem, że dalej trwam,
Że przyszłość wciąż przed sobą mam,
Że trzeba wstać, być wierną, iść do końca
Bo Bóg ma wobec mnie swój plan
I On go zna, i jak go znam,
Śpiewajmy zatem razem Alleluja…

Nikt nigdy nie odbierze mi
Dni co przede mną, jasnych dni,
Nadziei, które jeszcze nie odeszły
Gdy znowu zwątpię, będzie On,
I ujmie mą niepewną dłoń,
I pójdę za Nim, słysząc Alleluja…

 

poniedziałek, 23 maja 2016

Moja Wielka Australijska Przygoda c.d.

Nadal styczeń 2014

Do wyjścia z hotelu, z balkonu którego pełna zadziwienia patrzyłam na oszołomów, którzy od czwartej rano grają w siatkówkę plażową, zmusić mnie mogło tylko jedno: brak prądu. Gdy już wysiadło mi całkowicie połączenie nie tylko z krajem ale i ze światem (choć właściwie mniejsza o to, w hotelu było naprawdę cool), postanowiłam coś z tym zrobić. Czyli zejść do recepcji i poprosić adaptor vel adapter - jeszcze nie wiedziałam, jak nazywa się w Australii takie coś, co przystosuje ich gniazdko elektryczne do gniazdka reszty cywilizacyjnego świata.
Za ladą stał jakiś Chińczyko-Australijczyk, więc domyśliłam się, że będą problemy. Poprosić o adaptor, a jak nie zrozumie, to o adapter jest dosyć łatwo, ale zrozumieć odpowiedź w chińsko-angielskim, wierzcie mi, przerasta to czasem rodowitych Australijczyków, a tym bardziej mnie.
W końcu dowiedziała się, że kupię to w City.
Niby byłam w City. Adelajda to przecież miasto nie wieś, ale, ale... City, to jest City, ja mieszkam w suburbie (przedmieściu) zwanym Glenelg. Akcent na ostatniej sylabie, co się okazało ważne, bo jak akcentowałam GlEneleg, to nikt nie rozumiał o co mi chodzi i gdzie właściwie chcę jechać.
To, co nie wytłumaczalne, wytłumaczyła mi dwa lata później nauczycielka z college'u: gdy próbujesz coś powiedzieć po polsku, czesku, niemiecku, jakiemukolwiek, akcentując wyrazy nie tak jak trzeba, może brzmi to dziwnie, a nawet śmiesznie, ale byle głupek cię zrozumie. Gdy akcentujesz wyraz angielski inaczej niż powinnaś, oni tego nie pojmą...
Okej, mniejsza o Glenelg - tu gdzie byłam, był koniec trasy tramwaju, więc zawsze jakoś wrócę, a do City po adapter dojadę owym tramwajem. W razie czego wezmę więc wajchę i po torach... po torach... dotrę do hotelu.
Tu mała dygresja: była dziewiąta rano, od pięciu godzin oszołomy grały w tę siatkówkę tuż pod moimi oknami, był jakiś turniej ogólnostanowy, czy światowy, nie wiem, wiem, że jak mnie obudziły gwizdki sędziów i doping widowni, tak już zasnąć nie było sposobu.
Druga dygresja: mimo dziewiątej rano (co ja robię w tramwaju o dziewiątej?! każdy, kto mnie zna, wie, że dla mnie to mniej więcej druga w nocy!) już było bardzo gorąco. Bardzo. Ale ja lubię ciepło! Uwielbiam słońce, upał i skrzący się w promieniach świtu ocean!
Odziana w moje frotowe skarpetki - na wszelki wypadek, gdyby okazało się zimno, zresztą innych nie miałam - adidasy i koszulkę polo postanowiłam, skoro już jestem na nogach o bladym świcie, zwiedzić adelajdzki ogród botaniczny, bo mają tam wielkie, wspaniałe rosarium!!!
Gdy dotarłam do ogrodu - cztery przystanki piechotą od tramwaju w City - zrobiło się... jakby to wyrazić... tak gorąco, że nawet ja poczułam, iż jest nawet za dobrze, jak dla mnie. Przypomniałam sobie, że powinnam kupić jakąś wodę, bo człowiek w upale się odwadnia. I ruszyłam na zwiedzanie ogrodu botanicznego jako jedyna zwiedzająca.
Było samo południe.
Pierwsze, co mnie zachwyciło, to drzewa prosto z Władcy Pierścieni. O raaaany... ależ one miały nogi... Jakby wciągały je w twoją stronę, by cię pochwycić i zmiażdżyć... Krótki filmik poniżej. (Moja rodzina później dworowała sobie ze mnie, że Kasia przywiozła z Australii trzydzieści dwusekundowych filmików, i tak jakoś było).

video

 Drugie, co mnie zachwyciło, to ogromny szklany pawilon, w którym rósł las deszczowy. Co jakiś czas, w najmniej spodziewanych momentach, gdy ty akurat siedzisz na ławce i upajasz się widokiem niebosiężnych palm pod szklanych dachem, zaczyna padać tropikalna mżawka - dobrze, że nie ulewa - już i tak mokra, jesteś mokra jeszcze bardziej. Filmik poniżej.

video
 
Trzecie, co powinno mnie zachwycić, to rosarium, ale wszystkie róże zwiędły. Mimo nawadniania nie wytrzymały upału.
Dziwne, ja w adidasach i skarpetkach frote wytrzymuję, a róże nie?
Ponieważ zrobiło się tak gorąco, że nawet mi ten upał zaczął z lekka dokuczać, postanowiłam wrócić do hotelu i pogapić się na plażę. Oni koło dziesiątej przerywali rozgrywki, bo ktoś im tam ciągle mdlał, i zaczynali gdzieś po zmroku...
Do tramwaju miałam jak wiecie cztery przystanki. Bosz... co to dla mnie, jak kawałek Marszałkowskiej... Idę... idę... idę... Rany, ale gorąco... w środku miasta od nagrzanego asfaltu jest jeszcze bardziej nieznośnie. Schłodziłam sobie trochę włosy, popiłam parę łyków wody, odpoczęłam w cieniu, w którym było i tak jak w piekarniku, i idę dzielnie dalej. Przecież nie pokona mnie zwykły upał!
Jakoś tak na wysokości drugiego przystanku skonstatowałam, że coś ze mną jest nie tak. Idę dzielnie naprzód, bo byle co mnie nie powstrzyma, ale... nogi jakoś tak wolniej pracują, w oczach mi czerwienieje i jakaś dziwna słabość mnie ogarnia. Odruchem lekarza złapałam się za nadgarstek i... mam tętno ze 180/minutę.
O ja cię - pomyślałam - upór, uporem, ale chyba właśnie dostaję udaru słonecznego!
Olałam następne dwa przystanki i skręciłam do najbliższego klimatyzowanego centrum handlowego (bo szłam ulicą pełną sklepów i restauracji).
Dziewczyny... jak padłam na najbliższe siedzenie w tym przemiłym chłodzie, to przez bite pół godziny nie mogłam ruszyć ani ręką ani nogą, słaba jak dziecko. Nawet wody nie mogłam sobie kupić, bo nogi (w skarpetkach frote) odmawiały mi posłuszeństwa.
Dopiero tam, w tym centrum, wpadł mi w oko artykuł na pierwszej stronie gazety, jako nius dnia: HOT ALERT!!! Jeśli możesz, siedź, głupia Kasiu w hotelu, jeśli musisz zwiedzać rosarium, nałóż kapelusz, a nie leź z gołą głową, bo ci się mózg zagotuje i białka w oczach zetną, wysmaruj się kremem z filtrem (no na to nigdy nie zdołali mnie namówić) i pij co najmniej trzy litry wody (tu spojrzałam na moją malutką, smętną butelczynę).
W końcu, gdy już mój mózg nieco oziębł, białka oczu zbielały, a serce się uspokoiło i dotarłam do tramwaju, a potem do hotelu, akurat lunął deszcz. Przy czym ten deszcz był chyba jeszcze gorętszy, niż powietrze, a na pewno nie chłodził, bo przywiał go wiatr z pustyni, a tam było - choć to chyba niemożliwe - jeszcze goręcej.
Australia uczy szacunku i pokory. Tego dnia było 42 stopnie w cieniu. W środku miasta termometry wskazywały z pięćdziesiąt. I powiem Wam coś, dziewczyny: to nie do końca była moja głupota. Po prostu powyżej pewnej temperatury - a wiem to po półrocznym pobycie w tym kraju - nasz organizm nie widzi różnicy między 36 a 42. Jest po prostu cholernie gorąco.
A ja i tak nigdy - NIGDY! - łażąc do szkoły i po mieście - nie nałożyłam kapelutka i nie wysmarowałam się ohydnym kremem z blokerem 50. Bo zasady trzeba mieć. Jakaś tam Australia moich nie złamie.
I powiem Wam, że nigdy mimo to nie dostałam poparzenia skóry ani udaru. Bo Australia moich zasad nie złamie, ale ja na swoich błędach się uczę. :)

c.d.n.

czwartek, 19 maja 2016

Wasze ulubione, te, co poruszyły najbardziej, te, której najbardziej zapadły w pamięć...


Wydałam już 31 książek. Kiedyś w ankiecie wybrałyście swoje Top 3 była to "Poczekajka", "Ogród Kamili" i "Mistrz" (ankieta sprzed roku, czy dwóch, a nadal pamiętam to podium :).

Opowiedzcie mi, kochane, które z tych 31 są Waszymi naj i dlaczego? Nad którymi wylałyście najwięcej łez, które najbardziej Was rozśmieszyły, poruszyły. Może któraś zmieniła Wasze życie?
Do których wracacie najchętniej?
Które czytałyście wiele razy i jeszcze nie raz do nich wrócicie?

Jeśli chodzi o mnie to:
1. najśmieszniejsza w pisaniu była seria poczekajkowa i "Lato w Jagódce"
2. najulubieńsza, której wiele zawdzięczam (pozostanie przy zdrowych zmysłach) to mój ukochany Ferrin
3. najtrudniejsza: "Nie oddam dzieci!" (Boże, nie mogłam pisać momentami, ręce opadały mi na klawiaturę, łzy też)
4. mój najukochańszy bohater to Saris, bohaterka to Anaela
5. najfajniejszy facet: Łukasz Hardy z serii kwiatowej, zaraz za nim Patryk ze "Zmyślonej" (Sellinaris jest oczwywiście poza konkurencją ;), ach i Raul oczywiście!
6. najbardziej nienawidzę Marlenki z "W imię miłości"
7. najtrudniejsza scena do napisania: scena wypadku z Dzieciaczków oraz jak Kinga zakopuje Alusię... po prostu... nie potrafię opisać, co wtedy czułam.

Kolej na Was. Podzielicie się Waszymi przemyśleniami?

Zachęcona Waszym udziałem w blogu Leśna Polana otwieram Słoneczną stronę dla wpisów anonimowych, tylko podpisujcie się pod swoim komentarzem choćby imieniem, co?

niedziela, 15 maja 2016

8 urodziny "Poczekajki"! Czyli jak to było w dniu debiutu...

Tak, tak, osiem lat temu na Targach Książki w Warszawie miała premierę moja pierwsza książka. Oczywiście mówię o "Poczekajce". Pamiętam z tego dnia niewiele - byłam bardzo przejęta. Pamiętam, że trochę dziwnie wyglądałam w tłumie normalnych zwiedzających, odziana w długą, zieloną suknię. Pamiętam, że podszedł do mnie bardzo kulturalny mężczyzna z moim wieku, w garniturze i pod krawatem, powiedział, że pochodzi z Poczekajki, kupił kilka książek dla rodziny i poprosił o dedykację, a ja myślałam, że się pod ziemię zapadnę, bo wiecie, jak opisałam w powieści Poczekajkan... Kufajka, walonki, beret z antenką... :)) Wcale nie chciałam dawać temu przystojniakowi w garniturze tych książek (nota bene zaprzyjaźniliśmy się później).
Co jeszcze pamiętam z dnia premiery - lecący na okrągło, tuż przy mnie, teledysk. Przyznam, że tak jak jeszcze dzień wcześniej szczerze lubiłam tę piosenkę, to po całym dniu miałam jej dosyć.
Wtedy, siedząc przy stoliku z tabliczką z moim imieniem i nazwiskiem, nie wiedziałam jeszcze, taka oszołomiona, zszokowana, uradowana, że to kamyczek, który wywoła potężną lawinę.
Że sześć lat później na tych samych Targach Książki w Warszawie, tylko już na Stadionie Narodowym, będę podpisywała moje książki przez trzy godziny. Nie przygodnym przechodniom, których zainteresowała okładka, autorka, albo teledysk, ale długiej kolejce wiernych (i cierpliwych!) Czytelniczek.
Jestem ciekawa... naprawdę bardzo ciekawa, co się będzie działo przez następne lata. Dzisiaj opowiedziałam zarys fabuły epickiej powieści o Australii, która to powieść ma być moim międzynarodowym debiutem, zaprzyjaźnionej Australijce. Była autentycznie zafascynowana. Może więc za sześć lat będę podpisywać moje książki przez trzy godziny na Targach we Frankfurcie? :)))
Marzenia, co?
Ale - że zacytuję siebie samą z piosenki do "Leśnej Polany":
Urodziłaś się po to, by marzyć
Urodziłaś się po to, by śnić.
Chociaż droga przed tobą jest długa i trudna,
Trzeba wstać, być wierną, iść.
Wstaję więc, moje drogie i wyruszam w nową podróż.
Wiem jedno: będzie się działo. :)) 
Trzymajcie za mnie kciuki, bo na tej drodze - jestem tego pewna! - spotkam i jadowite pająki, i węże, a może nawet rekiny! (Dosłownie i w przenośni) Ale także dużo, dużo dobrych ludzi, przyjaźni i miłości.
Czego i Wam w ten wspaniały, wyjątkowy dzień życzę.