środa, 17 grudnia 2014

Plan wydawniczy na rok 2015

Dopytujecie o to, jakie książki, w jakiej kolejności i w jakich miesiącach ukażą się w przyszłym roku.
Nie mam dla Was dobrych wiadomości, bo... nie wiem. Znam datę premiery "Pani Ferrinu" (która - byłam pewna - miała ukazać się w styczniu, a wyjdzie w lutym), ale co dalej? Mogę powiedzieć tylko w przybliżeniu. Również dlatego, że sama nie jestem do końca zdecydowana co i kiedy chcę pisać, a więc co i kiedy chcę wydać. To chyba pierwszy taki przypadek od początku mojej kariery, no nie? Ale zaczęłam eksplorować zupełnie nowe obszary twórcze i to mnie na razie pochłania.

Oto więc orientacyjny plan wydawniczy na rok 2015:

11 lutego 2015 ostatni tom Kronik Ferrinu "Pani Ferrinu"


Marzec - III tom serii z czarnym kotem "Nie oddam dzieci!"
Maj - coś
Czerwiec - I tom nowej serii "Spełnienia marzeń!"


Sierpień - VII tom serii owocowej "Domek na Czereśniowej"
Listopad  - coś

Eeee.... jakiś mało precyzyjny wyszedł mi ten plan. :)))
Na co najbardziej czekacie? Podejrzewam, że na listopadowe coś. ;D

niedziela, 14 grudnia 2014

Mój vlog cz. V, czyli święta, święta i... quiz sukienkowy :)

Dawno nie było tutaj vlogowego filmiku, więc bardzo proszę. W nieco lepszej jakości możecie go obejrzeć TUTAJ :)
Pipinia, życzenia świąteczne i quiz sukienkowy w jednym.
Życzenia jeszcze raz Wam złożę w Wigilię, a dziś pytam: kreacja czarno-złota, czy czerwono-czarna?
Wydaje mi się, że lepsza będzie........

Endżoj!

PS. Strasznie żółte to nagranie wyszło, ale nie wiem dlaczego. Nic nie kombinowałam przy kolorach, żółtaczki nie mam... Dziwna sprawa...


czwartek, 11 grudnia 2014

Kocie słitfocie oraz błękitne wspomnienia z pewnej wyspy...

Wygląda na szczęśliwą, prawda? :)
Pamiętając jak bliska była śmierci, gdy ją przyniosłam do domu i jak bardzo chorowała, po prostu nie mogę uwierzyć, że to ten sam, radosny, szalejący po domu i mruczący rozkosznie, gdy tylko się go przytuli, kotek... :)


Uśmiechnięta Pipi, ciekawe co jej się śni...

I jeszcze wspomnienia z błękitnej wyspy, na którą parę miesięcy temu trafiłam można powiedzieć służbowo. Zakochałam się w tym miejscu. Jest jak z bajki. Ciekawe, czy któraś z Was pozna te krajobrazy...

Mogłabym zamienić Poziomkę na ten domek...
Czerwone dachówki, granatowe okiennice i ocean w tle. Bajka...
Wszędzie pełno kwiatów...
...we wszystkich odcieniach błękitu i fioletu

Nie wiem skąd się wzięły te świetlne pięciokąciki, ale to nie jest fotoszop

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Świąteczna sesja modowa...

... czyli ja w nowej, eleganckiej odsłonie dla świątecznego numeru "Pani Domu".


Wyznam szczerze, że lepiej się czułam w moich pastelowych sukienkach przed kolano, ale... może już czas wydorośleć i ubierać się stosownie do wieku?
No nie wiem... nie wiem...
Co o tym sądzicie, moje kochane?

niedziela, 7 grudnia 2014

Jak zostać pisarką...

Mniej więcej połowa z dziewczyn, które napisały do mnie o swoich marzenia pragnęła zostać lekarzem weterynarii, a druga połowa pisała coś do szuflady i marzyła o zostaniu pisarką. Tym pierwszym już odpisałam, dziś napiszę jaka droga czeka te z Was, które pragną o własnej książce na księgarskich półkach.

1. Napisz

Dziś wydać książkę może każdy. Wystarczy mieć pieniądze na wydanie jej w formie e-booka, albo nawet tradycyjnej, zgłosić się do wyrastających jak grzyby po deszczu wydawnictw, które opracują Wasz tekst pod kątem redakcyjno-korektorskim (albo i nie), przygotują okładkę, wydrukują i teoretycznie roześlą po księgarniach.Więcej się na ten temat nie wypowiem, bo nigdy w ten sposób nie wydawałam. To znaczy nie zlecałam wydania swojej książki pośrednikowi. "Grę o Ferrin" opracowałam i zleciłam do druku w tych kilkudziesięciu egzemplarzach sama, nie zarobiłam na niej nic, bo wszystkie rozdałam i to był koniec przygody z self publishingiem jeśli chodzi o mnie.
Ale nie o takie wydanie chodzi. Każdy, kto marzy o byciu pisarzem, chce wydawać swoje książki w prawdziwym wydawnictwie i oglądać je na wystawach księgarni i na empikowych półkach, prawda?
Od czego więc zacząć pisarską karierę?
Od napisania książki.
Dobrej książki.
Pojęcie "dobra" jest bardzo względne, bo przecież każdy ma inne gusta czytelnicze, ale Wydawcy poszukują książek, które po prostu się sprzedadzą. Pamiętajcie: Wydawca nie jest organizacją charytatywną, nie wyda książki "po znajomości", czy dlatego, że polubił autora. Koszty wydania i wprowadzenia tytułu do księgarń są tak wysokie, że w świecie wydawniczym nie ma "układów", liczy się dobry tekst, który ma szansę się sprzedać. Kryminał, sensacja, powieść obyczajowa, czy historyczna, poradnik - nie mam pojęcia, co akurat może "zaskoczyć", ale na pewno książka MUSI ZOSTAĆ NAPISANA.
To oczywiste! - krzyknie chyba każdy. Otóż nie. Dostaję co jakiś czas maile z fragmentem tekstu i prośbą o "rzucenie okiem" i parę zdań oceny. (Tu przypominam: nie czytam i nie oceniam nadesłanych tekstów). Zawsze też pada pytanie, czy nadaje się to do druku i warto jest pisać dalej.
Odpowiadam teraz Wam wszystkim: napiszcie najpierw swoją pierworodną do końca, a potem wysyłajcie ją komukolwiek. Kto ma wierzyć w książkę, jeśli nie jej autor? No kto?

2. Popraw

Wasza książka jest napisana. Od początku do końca. Macie ileś tam stron dobrego Waszym zdaniem tekstu (pamiętajcie: musicie kochać to swoje dziecko i nie wątpić w nie, choćby nie wiem co!). Teraz, zanim komuś ten tekst pokażecie, MUSICIE GO POPRAWIĆ. Przeczytać nie raz i nie dwa, poprawić wszystkie zgrzyty i błędy, które wyłapałyście same, czy podkreślił Wam word, może znajdzie się jakaś dobra polonistyczna dusza i ona rzuci na Wasze dzieło okiem? Jedno jest pewne: nie wolno Wam wysyłać do Wydawców tekstu z błędami. To po pierwsze: brak szacunku do Wydawcy, a po drugie: od razu robi złe wrażenie. Błędy po prostu odrzucają od tekstu.
Ja, choćby goniły mnie terminy i Wydawca upominał się o tekst codziennie, nie wysyłam brudnopisu. Oczywiście wszystkich błędów nie wyłapię podczas jednego czytania, nawet po kilku się zdarzają i nie tylko mi, ale redaktorom i korektorom, ale nim wyślę wersję ostateczną książki (która wersją ostateczną jeszcze nie jest) poprawiam w niej błędy. Wy również powinnyście.
Podczas czytania książka może Wam się wydać do niczego, zupełnie bez sensu i w ogóle, ale... nie przejmujcie się tym. Nie jesteście obiektywne. Albo za wysoko, albo za nisko siebie i swój tekst cenicie. Nie są obiektywni także Wasi przyjaciele i bliscy, którym pokażecie swoje dzieło. Trudno im będzie powiedzieć Wam prosto w oczy, że książka im się nie podoba, zaczną więc Wam słodzić i... rozpalą tym być może nadzieje, które okażą się płonne. Rozwieje te nadzieje kilka pierwszych odpowiedzi odmownych i być może raz na zawsze podetnie Wam skrzydła, zupełnie niepotrzebnie. Pierwszy lot zazwyczaj przecież kończy się upadkiem.
Pamiętajcie, że jedynymi obiektywnymi osobami, które ocenią Wasz tekst są redaktorzy w wydawnictwach, do których go poślecie. Wydawcy czekają na dobre książki, każda nadesłana propozycja wydawnicza jest czytana, możecie mi wierzyć, że jest. Nikt nie oceni tekstu lepiej, niż oni.
Więc...

3. Wyślij

Powiedzmy, że macie już swoją książkę napisaną i poprawioną. Co teraz?
Ech... teraz chyba najtrudniejszy rozdział pisarskiego życia: wysyłanie do Wydawców i czekanie na odpowiedź. Opowiem, jak ja postąpiłam z "Poczekajką": gdy była gotowa, poszłam do Empiku (na Nowym Świecie, pamiętam jak dziś), podeszłam do regału z literaturą obyczajową i spisałam wszystkich wydawców, których książki się tam znajdowały. Potem znalazłam strony tych Wydawców w internecie, doczytałam w jakiej formie przyjmują propozycje wydawnicze (to były jeszcze czasy, kiedy niektórzy przyjmowali wyłącznie wydruki, ale większość już tylko mailem) i... wysłałam "Poczekajkę".
A potem czekałam... czekałam... czekałam...
Przychodziły odpowiedzi odmowne (bardzo miłe i z życzeniami powodzenia), a ja się w końcu nie doczekałam. Dopiero za drugim podejściem, gdy sama wydrukowałam książkę, dołączyłam płytę z teledyskiem i rozesłałam taki pakiecik do tych samych Wydawców nagle, w ciągu jednego tygodnia chciało moją pierworodną kilku z nich.
Dziś Wydawcy odpowiadają niemal natychmiast, jeśli tekst się podoba, bo im również zależy na dobrych debiutantach. Konkurencja na tym rynku jest ostra i nowe talenty są natychmiast wyławiane z zalewu propozycji wydawniczych, jeśli więc Wasze dzieło rokuje nadzieje, odpowiedź przyjdzie szybko.

4. Co dalej?

Jeżeli znalazłyście Wydawcę, gratuluję z całego serca i... życzę podpisania dobrej umowy. Wiem, że debiutantom zależy tylko na tym, by wydać książkę w znanym wydawnictwie i zupełnie nie myślą o pieniądzach. Magia własnego nazwiska na okładce jest wielka i uwodzi debiutantów, mimo wszystko podczas podpisywania umowy kierujcie się rozsądkiem, nie sercem, okej? Chociaż odrobinę...
Jeżeli nikt Waszego dzieła nie chciał, nie przejmujcie się tym. Jestem przykładem, że trzeba walczyć znów i znów, do skutku. Wysyłać i poprawiać, poprawiać i wysyłać, aż do bólu palców.
Ale... może tak być, że po prostu nie macie talentu literackiego i tyle. Ja na przykład nie mam za grosz talentu malarskiego i jakoś muszę z tym żyć. I wiem, że nigdy nie namaluję niczego i nie poddam mojego dzieła ocenie krytyków, czy nie wyślę go do galerii.
Rozumiecie, co chcę powiedzieć między wierszami? By napisać książkę trzeba mieć jakiś tam talent, najlepiej literacki ;).
Myślę jednak, że nie można rezygnować z marzeń. We mnie talent i pasję pisarską usiłowano zabić nie raz i nie dwa, ale się nie dała (ta pasja, ja zresztą też), więc dlaczego Wy macie się poddawać?

Na koniec złota myśl, którą powtarzam przy okazji wywiadów i spotkań autorskich: Pisarza czyni nie ilość wydanych książek, a przeczytanych książek.
Jestem święcie przekonana, że umiem pisać, bo przeczytałam mnóstwo książek o najróżniejszej tematyce, byle tylko były ciekawe. Tak, to właśnie dziełom innych autorów zawdzięczam najwspanialszą przygodę mojego życia, jaką jest pisarstwo.

Życzę Wam, moje kochane, rozpoczęcia takiej samej przygody i... spotkania się na księgarskiej półce. Miejsca na niej jeszcze sporo. Wystarczy i dla mnie, i dla Was... :))

Na koniec zdjęcie mojego biurka (obok laptopa leży wydruk, z tego co pamiętam wprowadzałam poprawki do "Pani Ferrinu", bo zwykle miejsce po lewej stronie jest zupełnie puste, no ewentualnie telefon tam leży).
Potwierdzam: muszę mieć na nim porządek, by nic mnie nie rozpraszało. I jak najmniej kabli - one też mnie denerwują. Najlepiej tylko laptop i żelki. (PS. Producent tych żelek mógłby mi w końcu przysłać jakiś zacny zapas...). Niestety biurka innych twórców są ciekawsze i bardziej odpowiadają Waszym wyobrażeniom o pracy pisarza niż to moje, puste i nudne... Za to tapetę na ekranie mam ładną, no nie? :))

Bez żelek z sokiem nie piszę! Howgh!

piątek, 5 grudnia 2014

Nowa mieszkanka Poziomki


Dziś spokojnie mogę Wam przedstawić kotka, którego tydzień temu przygarnęłam. Przez ten tydzień z Pipi - tak ją nazwałam - było bardzo, bardzo źle. Była tak chora i wycieńczona, że jeszcze wczoraj nie byłam pewna, czy przeżyje, ale dziś odzyskała typowy kociakowy humor i blask w oczkach. No i zaczęła jeść.

Mamy za sobą parę nieprzespanych nocy, bo koteczkę trzeba było poić pipetką, dużo zastrzyków, dom woniejący... okropnie, ale Pipi będzie żyła. Nazwałam ją Pipi, bo miała piegi na pyszczku, dopiero potem się okazało, że to nie piegi, a brud. Brudna była zresztą cała. Dziś ją wykąpałam w szamponie dla kociąt (nie szczypie w oczy! ;) i "piegi" się zmyły :)

Nieco chaotyczny ten wpis, ale naprawdę jestem zmęczona walką i niepokojem o to małe kocie istnienie...

Co to ja chciałam... Już po raz drugi jestem zaskakiwana przez los. Tak jak w przypadku Soni - przygarniętej trzy lata temu suczki, o której już Wam opowiadałam - wtedy rozglądałam się za suczką, która będzie towarzyszyła Gapie, mojej terierce i nagle przybłąkała się maleńka Sonia. Teraz mogłam mieć kota dowolnej rasy, ale... stwierdziłam, że mam słabość do zwykłych burych dachowców i nim zaczęłam na serio się za takim rozglądać, pojawia się zabiedzone, przerażone maleństwo. Pipi.

Myślę, że wyrośnie z niej przemiła koteczka. Cierpliwość z jaką znosiła zabiegi i to, że się mnie mimo tych wszystkich zastrzyków nie boi - przeciwnie, wydaje się kochana i wdzięczna - normalnie wzrusza. Przypomina tym moją poprzednią przygarniętą kotkę, Whisky. A pomyśleć, że marzyłam o takim kocie:

Kot somalijski. Piękny, no nie?

Patrzę teraz, jak Pipi bawi się z Patiniem. Niesamowite, jak zwierzak-dziecko i dziecko-dziecko potrafią się dogadać. I jak taki mały czteroletni chłopczyk potrafi być w tej zabawie delikatny, a małe sześciotygodniowe kociątko uważne, żeby sobie na wzajem nie zrobić krzywdy. Wzruszają i rozczulają na przemian. :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Dobry uczynek kosztuje 7,49 (za kilogram ;)

Dziewczyny, pytanie, które stawiam co roku, tak dla przypomnienia, bo niektórym z Was przypominać nie trzeba: dokarmiacie ptice?!
Nie wiem kiedy skończyła się jesień, którą jakoś jeszcze znosiłam/znosiliśmy i zaczęły się mrozy. Pamiętajcie o ptakach, pliss!
Moje sikorki na nowo odkryły karmnik pełen ziaren słonecznika. I pochłaniają to ziarno w ilościach kosmicznych - myślę, że z pół kilograma dziennie. Do tej pory kupowałam je w supermarkecie (tytułowe 7,49zł za kilogram), ale w końcu zamówiłam 10kg na Allegro. Do wiosny na pewno mi nie wystarczy (to znaczy im - Poziomkowym ptakom), pewnie będę zamawiała niedługo następne 10kg, ale... satysfakcja, gdy "moje" ptaki wiosną są okrągłe jak kuleczki i potrafią odchować dwa lęgi piskląt (we wszystkich piętnastu budkach) jest ogromna.
Pamiętajcie, że gdy raz zaczniecie dokarmiać ptaki, nie wolno przerywać - przyzwyczajają się. Do miejsca i do dokarmiania. I mogą w największe mrozy zginąć, gdy czekają na ziarno, a karmnik jest pusty.
Polecam również ziarno bez łusek - po pierwsze nie ma takiego bałaganu wszędzie dookoła, po drugie ptaki nie tracą energii na łuskanie ziarna, a to w duże mrozy bardzo ważne.

Pytanie do Was: zaczęłyście już dokarmianie? Jeśli tak, to czym? "Moje" ptaki, od kiedy zaczęłam je dopieszczać łuskanym słonecznikiem, mają w głębokim poważaniu wszelkie słoninki i kule z ziarnami.

Do napisania tego postu skłonił mnie nie tylko mróz za oknem (nie cierpię zimy!), ale i... zakup jajek. Co ma jedno do drugiego? Niby nic, a jednak... Wiecie już chyba, że jajka kupowane w sklepie pochodzą od kur szczęśliwych (z wolnego wybiegu) i nieszczęśliwych (z chowu klatkowego). Różnica w cenie jest niewielka, jajka smakują pewnie tak samo i może jestem naiwna, wierząc, że kury z wolnego wybiegu rzeczywiście biegają sobie wolno i są szczęśliwsze (no i to tylko kury, ktoś może zauważyć), ale gdy mogę wybierać...

Pamiętajcie też zimną, szczególnie w mrozy, o bezdomnych zwierzakach i... ludziach. Drobny gest świata nie zmieni, ale może uratować czyjeś istnienie.
Okej, zostawiam Was ze zdjęciem szczęśliwych... nie sikorek, nie kur, a moich własnych kuropatek, które już dawno wyfrunęły w świat, a sama idę dosypać ziarna. Ciekawe ile w tym roku potrwa zima...
Oby jak najkrócej.

No dobra, musi być i sikorka ;)

piątek, 28 listopada 2014

Jutro zakończenie aukcji dla dzieci z hospicjum!


Jeszcze tylko przez jeden dzień możecie licytować Trylogię Kwiatową, którą przeznaczyłam na zacny cel...


... dla dzieciaczków z Hospicjum w Rzeszowie. Nie ma większego nieszczęścia, niż nieuleczanie chore dziecko. Gdy weszłam na tę stronę... łzy popłynęły... Nie uratujemy życia żadnemu z małych pacjentów tą aukcją, lecz przyda się im każda złotówka, prawda? 

Mam nadzieję, że licytatorzy będą nie tylko hojni, ale i... poważni. Ostatnio bowiem jakaś osoba podbiła cenę, po czym wycofała się z aukcji. Jak można stroić sobie żarty z chorych dzieci - nie wiem i nie pojmuję. Takie praktyki mnie osobiście oburzają, ale cóż...

Liczę, że tym razem aukcja przebiegnie bez takich "niespodzianek". Dodam, że zwycięzca otrzyma - oprócz Trylogii zaprezentowanej na zdjęciu (na życzenie w każdej książce mogę napisać osobistą dedykację) również kartkę ode mnie ze świątecznymi życzeniami i podziękowaniem. Myślę, że i cel szczytny i nagroda bardzo sympatyczna. 

Dodam, że dochód ze wszystkich aukcji moich książek z autografem, które można kupić tutaj: http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=1557683 również zostanie przekazany temu Hospicjum.

Zwróćcie na nie swą życzliwą uwagę, a ja do Waszych pieniążków dorzucę nieco swoich.

czwartek, 27 listopada 2014

O Waszych, a właściwie naszych, marzeniach...

W marzeniach bądźmy niewinne i ufne jak dziecko...
Dziewczęta, oprócz komentarzy pod wpisem o Waszych marzeniach, dostałam też wiele bardzo osobistych maili. Na wszystkie odpowiedziałam. Ania-koordynatorka Wam je przekaże.
Z jedną osobą zaczęłam pracę nad jej marzeniem. Czy się uda? Czas pokaże....

Podsumowując akcję "Spełnienia marzeń!": z jednej strony jest mi smutno, bo wiele z Was marzy o rzeczach zwyczajnych, ale dla niektórych nieosiągalnych (zdrowie, spotkanie z osobą, która odeszła... :( , z drugiej: po burzy wychodzi słońce i zza każdego smutku wyłania się odrobina radości.
To wspaniałe i podnoszące na duchu.

Chyba dwoma najczęściej powtarzającymi się marzeniami była praca lekarza weterynarii i pisarstwo.
Dziewczyny, pomagać zwierzakom można na różne sposoby, niekoniecznie kończąc studia weterynaryjne. Powiem Wam więcej: mały odsetek absolwentów weterynarii pozostaje w zawodzie jako lekarz. Większość pracuje jako inspektorzy (i nienawidzą tej pracy) albo przedstawiciele handlowi koncernów farmaceutycznych (i też nienawidzą tej pracy) a znam jedną, która została pisarką. ;)
Jeżeli ciągnie Was do zawodu lekarza weterynarii możecie:
- zgłosić się jako wolontariuszki-pomoc lekarska w najbliższej lecznicy
- zgłosić się jako opiekunki zwierząt w najbliższym schronisku
- zajrzeć tutaj:  http://swiatoczamigoski.blog.pl/http:/swiatoczamigoski.blog.pl/tag/wolontariat-gepardy/ Ta dziewczyna ma pomysł na życie i pasję taką, że WOW!!! Gdybym nie miała własnego pomysłu i własnych pasji, poszłabym w jej ślady!

Jeżeli zaś chodzi o wydanie książki, czy tomiku wierszy... Na pewno potrzebny jest talent, co od nas nie zależy, ale jeśli już ten talent mamy, trzeba mu pomóc i "kupić los", czyli po prostu pisać i wysyłać, pisać i wysyłać. Pamiętacie moją "drogę do sławy"? Odrzucono moje pierwsze powieści kilkadziesiąt razy, ale nie poddałam się, poprawiałam, pisałam dalej. Nie ma innej drogi.
Pamiętajcie, że Wydawcy czekają na dobre teksty!
Każda propozycja wydawnicza - czy to mail, czy rękopis - jest czytana, zaręczam.

Wszystko przed Wami i wszystko w Waszych rękach, tudzież głowach i klawiaturach.
Mam świetne, silne i mądre Czytelniczki. Wierzę w Was, pamiętajcie o tym.

Na koniec - skoro w tytule wpisu jest "naszych" - wyznam w tajemnicy, że zaczęłam pracę nad swoim marzeniem, bo nikt tego scenariusza za ciebie, Kasiu, nie napisze! Pisz i wysyłaj! Poprawiaj i wysyłaj!
Ech... :))

poniedziałek, 24 listopada 2014

Spełnienia marzeń!

Przyszedł mi go głowy pewien pomysł, ale do jego realizacji potrzebne jesteście mi WY - moje kochane, niezawodne, bardzo twórcze i inspirujące Czytelniczki. Na równi z Czytenikami.


O czym marzycie?

Chcę w pewnym zacnym celu porozmawiać z Wami o Waszych Wielkich i malutkich pragnieniach, o tym jak sobie z nimi radzicie, jak do nich dążycie, ile kosztowało Was spełnienie tych marzeń - jeśli komuś udało się już je spełnić... Czy trudno było wyrwać się z marazmu codzienności, zdobyć na odwagę i powiedzieć sobie: TERAZ JA. TO MÓJ CZAS!

Przyznam się Wam, że ja nadal nie czuję się całkiem spełniona. Wciąż przede mną KSIĄŻKA MEGO ŻYCIA, na miarę "Króla Szczurów" Clavela, "Przeminęło z Wiatrem" Mitchell, czy wreszcie "Cienia Wiatru" Zafona i muszę wierzyć, że uda mi się kiedyś sięgnąć ich gwiazd - tych samych, po które sięgnęli Oni, Moi Mistrzowie (ze Stephenem Kingiem na czele) - i oto moje Wielkie Marzenie.

Mam też parę mniejszych. Marzę całą sobą o zimowym domku gdzieś w ciepłym kraju, gdzie mogłabym założyć Poziomkę - Bis, Poziomkę - letnią. Tak siedziałabym sobie mocząc nóżki w ciepłym morzu, a nie dogorywała dzień po dniu w ciągnące się bez końca ciemne, deszczowo-śniegowe wieczory. Naprawdę należę do istot ciepłolubnych i cierpię, gdy temperatura otoczenia spada poniżej 30 stopni...

Ale to moje marzenia, do których mi jeszcze...gdzie, hoho...!

Opowiedzcie mi o Waszych. Tych małych, codziennych, i tych wielkich, niezwykłych, zostawianych na specjalne okazje, gdy jesteś sama w domu, siedzisz z filiżanką herbaty, albo kieliszkiem dobrego wina i zaczynasz się zastanawiać, dlaczego właściwie jesteś nieszczęśliwa, czego do szczęścia Ci brak. Napis o tym.
Tutaj, w komentarzach do tego wpisu. Jeżeli się krępujesz, jeżeli uznasz, że Twoje marzenia są zbyt osobiste, napisz na adres Ani: anowak.koordynator@gmail.com razem z Anią przyjrzymy się im...
Jedno obiecuję spełnić! I to niekoniecznie takie "marzę o Pani książce z autografem", więc naprawdę rozwińcie skrzydła wyobraźni, przenieście się pięć lat w przód i wyobraźcie sobie  SWÓJ WYMARZONY DZIEŃ. Kim jesteście, co robicie, co i kto Was otacza za owe magiczne pięć lat, które przecież... może zacząć się już dzisiaj... :)))

Piszcie, kochane i kochani, bo marzenia Czytelników są dla mnie równie cenne i ciekawe, co Czytelniczek. Nagroda będzie podwójna: dowiecie się, czego tak naprawdę pragniecie, a przy okazji może właśnie Wasze marzenie spełnię?