niedziela, 24 lipca 2016

O dwóch milionach, telefonie zaufania i... butelce Sprite'a


 No i widzicie? Przez to wszystko, co w ciągu ostatnich tygodni przechodziłam (uwaga, dobra wiadomość, Patiś do tej pory nie miał ataku! To działa! :) przeoczyłam moment, gdy mój blog odwiedziła dwumilionowa osoba. Milion - pamiętam - wyłapałam, zrobiłam print screena i wrzuciłam na blog, a drugiego już nie. :( Właściwie nie powinnam być z tego powodu smutna, bo 2 000 000 wyświetleń w... cztery lata? Mniej więcej tyle istnieje mój blog, to genialna liczba, ale postanowiłam upolować te 2 mln a zamiast tego upolowałam anemię. Przynajmniej coś upolowałam... ;D

Upolowałam coś jeszcze, co wcale nie było takie łatwe do znalezienia, gdy była mi w środku nocy potrzebna rozmowa - z kimkolwiek, kto po prostu by mnie wysłuchał - całodobowy telefon zaufania. Pomyślicie: "a na co mogła się skarżyć w środku nocy Ta Michalak, dziecko szczęścia?". Skarżyć to ja się nie skarżyłam, ale gdy rozsypuje Ci się cały świat, zostajesz sama w pustym domu z chorym dzieckiem i patrzysz na nie od wieczora do rana, czy będzie miało atak, czy nie, naprawdę... to jest straszne. Przyjaciołom w nocy głowy zawracać nie będę (chociaż potem mnie ochrzaniają, że skoro oni mogą w nocy dzwonić do mnie i się wypłakiwać mi w rękaw, to znaczy w swój telefon, to ja również mogę, ale teraz każdy na noc wyłącza komórkę) więc w tę najgorszą chwilę, gdy po prostu musiałam z kimś pogadać przemogłam się i zadzwoniłam pod 116 123 (od dziś już zawsze będzie ten numer "wisiał" po lewej stronie na górze mojego bloga, może kiedyś któraś z Was będzie na dnie rozpaczy i wtedy nie będzie musiała go szukać po necie, trafiając na wszystko, tylko nie na ten numer). Ostrzegam, że na połączenie czeka się bardzo długo - ok. 20-30 minut (gdybym była desperatką na moście albo dachu to chyba bym nie doczekała) - ale warto, bo ta rozmowa z subtelną, nienamolną młodą kobietą po drugiej stronie naprawdę przyniosła mi ukojenie. Muszę tylko gdzieś do kogoś napisać, żeby przeznaczyli więcej etatów dla takich ludzi, bo skoro się tak długo czeka, to znaczy, że są potrzebni. I ktoś może nie doczekać...

Teraz to co lubicie, czyli zdjęcia Patisia, który (już mam nadzieję, że zupełnie zdrowy i szczęśliwy) wypoczywa nad polskim morzem, tym samym, które nie odpowiadało pewnej celebrytce. ;) Ja wprawdzie jogi na tarasie ekskluzywnego hotelu nie ćwiczę, a ryb nie jadam, za to morze - pod każdą postacią oraz szerokością i długością geograficzną uwielbiam. Patiś też. 


A Wy dokąd najczęściej wyjeżdżacie? Polska? Zagranica? Góry, morze, agroturystyka? Jeśli chcecie, możecie pod tym postem polecać fajne miejsca, podawać adresy i linki. Może kto inny - np. ja - skorzysta.

Na koniec będzie nieco ostro, bo mam dosyć milczenia i poprawności politycznej. Pamiętacie, jaki wpis umieściłam, gdy moje koleżanki po piórze zapraszały serdecznie "uchodźców" i pochylały nad ich niedolą? (Nota bene ciekawe, czy któraś z nich oddała pokój w swojej willi choć jednemu z nich...). Ja upomniałam się o Polaków, osieroconych przez Ojczyznę na dawnych Kresach, na Ukrainie, w Rosji, na Białorusi. Wiem z pierwszej ręki, jaka tam u naszych rodaków panuje bieda, bo mój syn wiózł w ramach akcji Świąteczna Paczka podarunki bodajże na Białoruś. Repatriantów od tamtej pory sprowadzono do Polski chyba 20-tu (czy dwadzieścia rodzin), natomiast "uchodźcy", którzy zalali Europę, bestialsko mordują. Żal mi niewinnych ludzi we Francji i Niemczech, rozjeżdżanych, rozstrzeliwanych, zarzynanych maczetami, ale nie będę więcej umieszczała postów na ten temat na fanpejdżu, bo akty terroru stają się tak nagminne, że się niedługo księga kondolencyjna z mojego fp zrobi.
Chcę jednak dowiedzieć się od kogoś kompetentnego - muszę tylko znaleźć taką osobę - jak reagować w sytuacji, gdy ktoś koło mnie zacznie strzelać, gdy gdzieś niedaleko usłyszę wybuch. Bo nie wiem jak Wy, ja nie mam pojęcia: paść na ziemię, leżeć i czekać? Uciekać? Chować się? Gdy więc ktoś mądry da mi kilka rad, jak zachować się w obliczu ataku terrorystycznego, podzielę się nimi z Wami. To że oni już są w Polsce, jest pewne, ale możecie spotkać się z takim bandziorem na każdym lotnisku, czy innym miejscu, na całym świecie. W Australii również. Dlatego trzeba wiedzieć, co robić, bo pamiętacie moje motto, moje powołanie: może kiedyś taki wpis uratuje choć jedną kobietę, jedno dziecko...

PS. Przypomniało mi się coś a propos terroryzmu... Po tym jak spadł do Morza Śródziemnego samolot lecący z Francji do Egiptu, zaostrzono kontrole na całym świecie, na wszystkich lotniskach. Mój bagaż podręczny prześwietlano cztery razy: dwa razy w Au i dwa razy w Doha, na lotnisku tranzytowym. I mało nie padłam, normalnie odebrało mi mowę, gdy już w Polsce, na lotnisku Okęcie, chciałam coś wyjąć z jeden z toreb, a tam... półlitrowa butelka Sprite'a, która spokojnie przyleciała sobie ze mną z Australii, mimo tych czterech kontroli.
No comments.
Gdyby ją znaleźli, to ja byłabym Pragnienie.

środa, 20 lipca 2016

Dziś będzie wpis bardzo osobisty, ale uznałam, że tak trzeba...

Zwykle nie dzielę się z Wami moimi kłopotami, czasem, gdy trzeba wytłumaczyć długą nieobecność - jak w ostatnim wpisie - parę zdań wyjaśnienia i to wszystko. Wolę, byście widziały mnie z uśmiechem na ustach i błyskiem radości w oczach, ale niewiele osób wie, ile czasem smutku kryje się za tym uśmiechem i wizerunkiem szczęśliwej, spełnionej kobiety.
Dziś podzielę się z Wami horrorem, który przechodziłam przez ostatnie pół roku, a który - mam nadzieję i proszę o to Boga - jest już za nami, za mną i Patiniem. Robię to dla Was - dla matek, które być może przechodzą taki sam horror i nie mają pojęcia, jak łatwo można sobie z nim poradzić.
Taką samą miałam motywację pisząc "Bezdomną", co dzisiaj, pisząc te słowa.

Zaczęło się w trzecim miesiącu naszego pobytu w Australii, choć Patryk powiedział mi kiedyś, że pierwszy atak miał dawno temu w Polsce, u dziadków, ale wtedy myśleli, że to koszmar senny. Atak... jak przypomnę sobie te ataki, to gardło mi się zaciska ze strachu, dobrze, że mogę o nich pisać, a nie muszę mówić.
W trzecim miesiącu naszej australijskiej przygody Patryk dostał ostrego zapalenia krtani, a że ja jestem szybka w podawaniu antybiotyków (wiem, wiem, lekarze by mnie zlinczowali, lecz jest to informacja bardzo ważna, co potem się wyjaśni), poszedł więc ten sam od lat przeze mnie stosowany Augmentin (nie, nie mam żadnych profitów z reklamowania tego leku), inhalacje z kortyzonów oraz duże dawki vit C i D3, czyli to, co zaleca we wspaniałej książce "Ukryte terapie" dr Zięba (już ją tu polecałam i polecam powtórnie), Patikowi zaczęło się nazajutrz poprawiać i wtedy, po południu, gdy drzemał na kanapie nastąpił pierwszy atak.
Dziecko zerwało się z panicznym krzykiem. Ja mało zawału nie dostałam. Dopadłam do niego, chwyciłam na ręce. Był półprzytomny ze strachu. Machał łapkami i nóżkami i krzyczał. Jak długo to trwało? Nie mam pojęcia. Myślę że dwie - trzy minuty. Powoli ucichł, oprzytomniał, położył się z powrotem spać. "Coś mu się strasznego przyśniło" - pomyślałam wtedy.
Nazajutrz w nocy - ja jeszcze nie spałam - nastąpił drugi atak. Znów paniczny krzyk i obłęd w oczach, znów wymachiwanie na wszystkie strony rączkami i nóżkami. Znów kilka minut grozy podnoszącej włosy na głowie. Ale jeszcze nie myślałam, że to coś poważnego. Może kilka dni wcześniej widział w TV, jakąś reklamę? Tam w Australii mają dosyć dziwne i naprawdę straszne reklamy, nawet podczas programów kulinarnych...
Gdy nastąpił - nazajutrz - trzeci atak...
Ja akurat brałam wieczorną kąpiel. Patryk wpadł do mnie do łazienki, zapytał kiedy skończę się kąpać, wyszedł i... wpadł po chwili przeraźliwie krzycząc, tym razem wiedziałam, że to NA PEWNO nie koszmar senny, bo nie zdążył się położyć.
Dziewczyny... opiszę bliżej, jak wyglądał ten atak.... chociaż nie chcę wracać do tamtych chwil. Patryk przeraźliwie krzyczy, ja łapię go na ręce, zaczynam uspokajać, on macha rączkami i nóżkami i krzyczy coś o wielkiej czarnej kuli i że świat się szybko kręci. I żebym go ratowała. Z bezradności i przerażenia zaczynam płakać, cały czas go tuląc, łapię komórkę i wzywam pogotowie.
To był od lat MÓJ koszmar senny, naprawdę: że coś mojemu dziecku się dzieje, ja wzywam karetkę, ale albo nie mogę wybrać numeru, albo nie mogę wytłumaczyć co się dzieje i oto ten koszmar się ziszcza. Jestem w obcym kraju, na szczęście pamiętam, że tam się dzwoni pod 000 a nie 112, dziecko krzyczy przeraźliwie, ja płaczę, kobieta szybko, po angielsku zaczyna mnie o coś pytać, a ja tylko jestem w stanie wykrzyczeć, żeby nam pomogła. I podać adres. Ona wciąż mnie o coś wypytuje, ja - wierzcie mi - w szoku nie potrafiłabym jej odpowiedzieć nawet po polsku a muszę mówić po angielsku, próbuję odpowiadać. Ciągle zadaje mi jakieś pytania, ja krzyczę, że jej nie rozumiem, żeby przysłała pogotowie do cholery, bo mój pięcioletni synek ma atak padaczki! I nagle wszystko cichnie. Patryk cichnie. Atak mija tak nagle, jak się zaczął. Dyspozytorka mówi, że wysyła karetkę. Dziecko jest tak wyczerpane, że leje się przez ręce. Kładę go, on natychmiast zasypia.
Po kilku minutach podjeżdża na sygnale karetka, budzę Patryka, już mając w ręku nasze paszporty, jego książeczkę zdrowia i naszą polisę ubezpieczeniową.
Jedziemy do szpitala.
Ja wykończona, Patryk żywy, zdrowy i wesoły jak skowronek.
Kładą go na łóżku za parawanem, pobieżnie badają i każą czekać na lekarza. Izba przyjęć jest niemal zupełnie pusta. Obok nas leżą może ze dwie osoby.
Mimo to czekamy... pięć godzin. Pięć cholernie długich godzin na zupełnie pustej izbie przyjęć, aż przychodzi lekarz, ja opowiadam mu, jak to wyglądało. On bada dziecko pobieżnie, świeci mu latarką oczy, osłuchuje. Piętnaście minut rozmowy o niczym i 1500$ później jedziemy taksówką do domu. Nie zlecił żadnych badań, nic.
Ataki jednak ustały.
Następny dostał - zupełnie bez przyczyny - jakiś miesiąc później.
Pobiegłam z nim do przychodni, lekarz znów Patryka zbadał, zlecił EEG, powiedział, że takie ataki to może być jakiś wirus (co za precyzja) i dziesięć minut i 100$ później (jak się okazało również nierefundowanych z ubezpieczenia) wychodziliśmy na słoneczną ulicę Adelajdy.
EEG nic nie wykazało. Wszystko w normie.
Ale dla mnie coś takiego to NIE JEST norma.
Wiele razy analizowałam minuta po minucie, moim - lekarskim przecież - umysłem, każdy z ataków i nie potrafiłam znaleźć wspólnego mianownika. Nic mi się nie zgadzało. Przeszukiwałam internet, żeby znaleźć coś o podobnych objawach i nic.
Ponieważ ataki ustały, powoli zaczęłam wymazywać je z pamięci. Po prostu chciałam o tym koszmarze zapomnieć.
Kilka miesięcy później lecieliśmy do Polski na dwa tygodnie, załatwić kilka spraw, m.in. chciałam porządnie Patryka przebadać i opowiedzieć po polsku lekarzowi jak to wygląda.
Jak pamiętacie to był marzec. Wylatywaliśmy gdy w Au było 34 stopni w cieniu, lądowaliśmy w -1, akurat gdy spadł śnieg. Patryk pojechał od razu do dziadków, od razu chory na zapalenie górnych dróg oddechowych, ja też z miejsca dostałam zapalenia krtani, bo szok termiczny był potężny.
Kilka dni później dzwoni mój ojciec i mówi, że Patryk miał w nocy trzy ataki... Przyznam, że nogi się pode mną ugięły. Koszmar wrócił i uderzył naprawdę z całą siłą.
Wiecie, co jest podczas takiego ataku najgorsze? Nie ten paniczny krzyk, nie to wymachiwanie rączkami i nóżkami, ale oczy dziecka. Ogromne z przerażenia, wielkie czarne źrenice i czerwone białkówki. Te przerażone czarno-czerwone oczy śnią mi się do dziś po nocach...
Następnego dnia pobiegłam z Patrykiem do Znakomitego Neurologa (z litości nie wspomnę jego nazwiska, a dlaczego, za chwilę się dowiecie). Już na wstępie, ledwie zdążyliśmy usiąść w jego (prywatnym oczywiście) gabinecie, rzucił:
- Zespół Aspergera?
Zdziwiłam się z lekka. Ta nazwa kojarzyła mi się ze wszystkim, tylko nie z moim synkiem.
- Dlaczego pan tak myśli, panie doktorze?
- Bo tu wszyscy przychodzą z zespołem Aspergera.
- No nie, my przychodzimy zupełnie z czym innym - odparłam i zaczęłam opisywać objawy.
Znakomity Neurolog słuchał jakoś tak mało zainteresowany. Machnął skierowanie na rezonans i na EEG, zainkasował 250zł i... next please!
- Spotkał się pan kiedyś z czymś takim? - zapytałam wychodząc, ale zbył mnie, że badanie wszystko wykaże.
Tego samego dnia, dwa dni przed odlotem do Polski udało mi się jeszcze zrobić rezonans, następnego - EEG. Ze Znakomitym Neurologiem umówiłam się, że przyślę mu wyniki mailem.
Dzień przed wylotem, gdy Patryk znów nocował u dziadków, spotkałam się z moją przyjaciółką i między innymi zaczęłam jej opowiadać o moim zmartwieniu. Wiecie, życie z dzieckiem, które ma padaczkę, czy coś co przypomina padaczkę, ale nie wiadomo, co to jest, to ciągłe czekanie na atak. Masz pewność, że nastąpi, ale nie wiesz kiedy. Zasypiasz, modląc się, żeby nie tej nocy i budzisz, z nadzieją, że nie tego dnia, ale wiesz, że to wróci. Że twój synek, którego kochasz nad życie znów zacznie krzyczeć, a ty będziesz mogła go tylko tulić i płakać z bezradności...
Mówię to mojej przyjaciółce, ona robi wielkie oczy i nagle rzuca:
- Kasia, mój Marcin miał to samo!
I zaczyna mi opisywać dokładnie atak taki, jak u Patryka, tylko że jej dziecko widziało nie wielką czarną kulę, a czerwone słońca i nie młóciło nóżkami, bo ona nie mogła go utrzymać, tylko biegało w panice po całym mieszkaniu, próbując przed tymi słońcami uciec, czy się schować.
Już wtedy powiedziała mi, jak prozaiczna jest przyczyna tych ataków i jak się je leczy, ale ja - zafiksowana na EEG, rezonansach, padaczkach i neurologach - na pewno jej wysłuchałam, ale przyrzekam Wam, że wyrzuciłam jej słowa z pamięci, gdy tylko... no właśnie.
Wróciliśmy do Australii, oboje znów chorzy (z +1 do +35 stopni), znów poszedł Augmetin dla mnie i dla dziecka, znów vit C i D3  a ja zaczęłam oczekiwanie na wyniki EEG i rezonansu. EEG dostałam szybko, wysłałam je do Znakomitego Neurologa mailem, bo opis był dla mnie zupełnie niezrozumiały. Neurolog, którego nazwisko przemilczę, choć może nie powinnam, odpisuje mi coś w tym stylu: Ponieważ jest to Zespół Aspergera, proponuję, by dawała pani dziecku kwas walproinowy dwa razy dziennie po ileś tam mg... Czytam tego maila i oczom nie wierzę. Patryk jest ODWROTNOŚCIĄ dziecka z zespołem A! Jest spokojny, uśmiechnięty, radosny, zero agresji, lubią go wszyscy, dzieci w przedszkolu uwielbiają i biegną do niego, gdy tylko przychodzi, na każdym placyku zabaw natychmiast nawiązuje przyjaźń z obcymi dziećmi i pięknie się z nimi bawi, gdzie tu do cholery zespół Aspergera?! I to mniej więcej napisałam Znakomitemu Neurologowi, wiecie, co mi odpisał? "Sorry, piszę z domu i pomylili mi się pacjenci".
Dziewczyny.... wszystko mi opadło. Faszerowałabym dziecko silnym lekiem psychotropowym, bo panu ZN pomylili się pacjenci...
No nic, ataki jakoś nie wracały, Patryk łykał cały czas vit C i D3 jak pelikan, czasem brał sobie jeszcze oprócz sporej dawki Cebionu tabletkę czy dwie na pogryzanie, ja powoli zapominałam o koszmarze aż zapomniałam zupełnie. Wymazałam go z pamięci. Słowa mojej przyjaciółki też.
Wróciliśmy na początku czerwca do Polski już na stałe. Pamiętam, że w samolocie było strasznie zimno - przynajmniej mi - i po 25 godzinach wyszłam na lotnisku nie mówiąc, od razu dostałam zapalenia krtani.
Patryk stęskniony za dziadkami pojechał do nich na kilka tygodni, ja - zamiast odpocząć chociaż kilka dni po tak długiej podróży, pakowaniu całego dobytku, zamykaniu spraw w Australi etc, etc) - rzuciłam się w wir pracy, wywiadów, remontu domu, trudnych rozmów na trudne tematy, problemów, które mnie przerastały, i doprowadziłam się do stanu krańcowego wycieńczenia (w ciągu miesiąca schudłam 7kg bynajmniej się nie odchudzając, tylko z nerwów nie mogąc jeść), co skończyło się jak wiecie szpitalem.
Wyszłam po kilku dniach, poleżałam w domu, zwlokłam się z łóżka, pojechałam do mojego synka, bo już kilka tygodni go nie widziałam, przytuliliśmy się, uściskaliśmy i zaczynamy rozmawiać. Zawsze jednym z pytań, gdy go dłużej nie widzę, jest to, czy miał atak. Patryk kiwnął główką. Ja... po prostu zdrętwiałam. Idę do moich rodziców i pytam. Oni mówią, że nie chcieli mi dokładać i tego zmartwienia, ale przez czas pobytu u nich, dziecko miało PIĘĆ ataków, w tym jeden bardzo ciężki.
Poczułam się, jakbym dostałam cios w splot słoneczny. Po prostu... trudno opisać to uczucie, gdy masz nadzieję, że już wszystko dobrze, a dowiadujesz się, że jest bardzo źle.
Zrobiłam im awanturę, że natychmiast mnie nie poinformowali, wróciłam do domu, mówiąc że od dziś dziecko nocuje u mnie, bo MUSZĘ mieć to COŚ pod kontrolą - zupełnie, jakby to coś dało się kontrolować. Siedzę na ganku mojego domku dobita kompletnie - dziecko ma przyjechać dopiero za parę godzin - i myślę, że muszę z kimś porozmawiać, bo zwariuję. Dzwonię do mojej przyjaciółki - jakoś ona pierwsza z kilkorga przyjaciół jakich mam, intuicyjnie przyszła mi na myśl - i mówię, że jest źle z Patrykiem, a ona na to:
- Kasia, no przecież mówiłam ci, że to zapalenie maleńkiego płatka płuc, niemal niewykrywalne, który, gdy dziecko ułoży się w jakiejś pozycji podczas snu uciska widocznie na jakiś nerw i powoduje takie właśnie - NEUROLOGICZNE - objawy, jakie miał mój synek i ma Patryk.
Boże mój... przypomniało mi się wszystko. Rozmowa z nią przed wyjazdem, którą wykasowałam z pamięci. To, że za każdym razem podświadomie, czy intuicyjnie tym antybiotykiem, jak się okazuje z wyboru w tym rodzaju zapalenia płuc, ja Patryka leczyłam, że ataki mijały, bo dostawał lek, a potem był uodparniany witaminami. Że wracały, bo oboje chorowaliśmy po podróży. Że widać jest wrażliwy na mykoplazmy - one powodują taki rodzaj zapalenia - więc dostawał takich objawów...
Dziewczyny, gdy Patryk przyjechał wieczorem, od razu poszedł stary, sprawdzony zestaw: Augmentin, duże dawki vit C i D3, oprócz tego wypił niczym oranżadkę koktajl, który zrobiłam dla siebie z ... musujących tabletek vit C, magnezu i żelaza.
Trzy noce nie spałam, wpatrując się w moje dziecko, by gdy tylko zacznie się atak, natychmiast budzić go i przerywać ten koszmar, ale... ataki nie wróciły i tym razem mam naprawdę nadzieję, że nie wrócą. Bo już wiem - czego nie wie być może mnóstwo matek, które faszerują swoje dzieci przepisanymi przez neurologów psychotropami - że to nie padaczka, nie zespół Aspergera, panie ZN, a niewinne, bezobjawowe zapalonko małego płateczka płuca, któremu mogę zapobiec pilnując, by Patryk był zdrowy i odporny.
Dzisiaj mija 11 dzień od kiedy skończyliśmy leczenie antybiotykiem. Jedenasty dzień, gdy nie zasypiam ze strachem, że może to będzie TA noc i nie budzę się z takim samym strachem, że może to będzie TEN dzień...

Nie będę komentowała poczynań lekarzy, którzy "badali" Patryka. Wynik EEG też można nawet podświadomie interpretować "pod" objawy, zresztą przyjaciółka powiedziała mi, że w mózgu jej synka też coś znaleźli, bo zawsze można coś znaleźć, jak się chce.
Przeraża mnie jedno: ta bakteria, która wywołuje to konkretne zapalenie jest wszechobecna, mnóstwo dzieci może mieć zainfekowane płuca. Skoro na kilka milionów dzieci akurat ja i moja przyjaciółka jakimś cudem spotkałyśmy się z takimi objawami, ile jeszcze dzieci w Polsce jest leczonych nie na to, co trzeba? Owszem, psychotropy, które dostają, likwidują ataki, czyli OBJAWY, ale nie leczą PRZYCZYNY, czyli zapalenia płuc. Z maleńkiego płatka choroba rozlewa się na całe płuca i dziecko, które mogłoby być szybko i łatwo wyleczone, trafia do szpitala...
Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami naszymi - moimi i Patryka - przeżyciami, bo być może któraś z Was przechodzi podobny horror, może dziecko Waszej przyjaciółki, sąsiadki, siostry jest faszerowane psychotropami zupełnie niepotrzebnie...

Parę dni temu Patryk - który bardzo niechętnie mówi o tych atakach, a większości z nich w ogóle nie pamięta - opowiedział o jednym i znów gardło mi się ścisnęło ze współczucia dla tego malucha i poczułam jednocześnie ogromną ulgę, że może już nigdy nie będzie tego przeżywał:
- Widziałem, mama, ogromną czarną kulę, która mnie szukała i nagle mnie wypatrzyła i zaczęła gonić...Potem świat zaczął się tak szybko kręcić, a gdy zamykałem oczy, to migały mi bardzo szybko obrazki. Więc otwierałem oczy i znów goniła mnie ta kula...
Dla Was, które to czytacie brzmi to zupełnie niewinnie, ale dla małego dziecka, które przeżywało to NAPRAWDĘ.... nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jakie było to straszne.
Życzę Wam, kochane, by Wasze dzieciaczki nigdy takiego koszmaru nie doświadczyły. Ja jestem po tym wszystkim zupełnie wyprana z sił. Nie ma nic straszniejszego dla matki, niż ta cholerna bezradność, gdy dziecko cierpi, a ty nie możesz zrobić kompletnie nic, tylko je tulić i modlić się, by to minęło.

W internecie znalazłam tylko jeden artykuł, który potwierdza, że mykoplazmy oprócz atypowego, czasem bezobjawowego zapalenia płuc mogą powodować objawy ze strony układu nerwowego, m.in. urojenia, czy psychozę. (Widzę, że ten wpis okazał się bardzo potrzebny, więc wklejam link do artykułu, okazuje się, że objawy mogą być nie tylko ze strony ukł.nerwowego, ale właściwie wszystkich: http://www.czytelniamedyczna.pl/3023,atypowe-bakteryjne-zapalenia-pluc-u-dzieci.html Doczytałam też, że może to nie być ucisk zainfekowanego płata płuc na nerw, a reakcja autoimmunogenna, czyli białe krwinki są tak "przewrażliwione" na punkcie bakterii, że atakują własne komórki nerwowe w mózgu. Do tej teorii mój lekarski umysł by się skłaniał.
Jestem niesamowicie ciekawa - bo teraz, gdy odzyskałam spokój ducha - mogę sobie na tę ciekawość pozwolić, czy któraś z Was miała takie doświadczenia. Piszcie, okej? Jeśli dzięki temu wpisowi pomogłam którejś z Was, a przede wszystkim Waszemu dzieciaczkowi, będę naprawdę szczęśliwa.
Już jestem.
Kładąc się spać, nie boję się, że to będzie TA noc...

PS. Żeby nie było tak smutno postanowiłam na koniec wrzucić mały żart. Otóż któregoś dnia, gdy wróciłam do domu, okazało się, że mam nie synka Patinka, a córeczkę, Patinkę. Śliczna, no nie? Z tą uśmiechniętą jak zwykle mordką... :)

poniedziałek, 11 lipca 2016

Pogłoski o mojej śmierci okazały się przedwczesne oraz co najmniej przesadzone ;)

Dziewczęta, jak wiecie jednak nie jestem taka "nie do zdarcia" jak mi się zawsze wydawało. Stres, przeprowadzka, zmiana klimatu i strefy czasowej, remont domu, kończenie książki, kłopoty ze zdrowiem synka i... ja też się rozsypałam.
Jestem już w domu, ale przyznam, że taka słaba i chuda, że byście mnie chyba nie poznały. Dużo wysiłku kosztowało mnie podjechanie do najbliższej biblioteki (w domu nie mam internetu), żeby napisać ten post i wrzucić odcinek Leśnej Polany, której tak wyczekujecie.
Uprzedzam Was od razu, że premiera książki ze względów powyższych też się przesunie i... wracam do łóżka.
Ledwo żyję, ale jeszcze żyję!
Do przeczytania...

sobota, 4 czerwca 2016

Raz jeszcze o moich książkach...

...chociaż tym razem w poziomie, bo zawsze przedstawiałam je w pionie. :)
Oto zbiór wszystkich wydanych przeze mnie powieści:


Tutaj macie ściągawkę, w jakiej kolejności je czytać: http://katarzynamichalak.blogspot.com.au/p/aktualnosci.html

Tutaj jest link do wszystkich filmików, teledysków i trailerów, jakie ja nakręciłam w przypływie weny vlogowej, bądź powstały podczas ośmiu lat mojej kariery (szczególnie polecam "Moją drogę do marzeń" oraz teledysk do "Poczekajki"): https://www.youtube.com/channel/UCbJzfLF3LSkMHOSLQe5n1Xw

A tutaj, jeżeli brakuje Wam niektórych tomów Kolekcji, możecie przez jakiś czas je zamawiać. Prenumerata już się zakończyła, ale pojedyncze egzemplarze będzie można jeszcze dokupić: https://literia.pl/kolekcje/ksiazki-pelne-emocji-434

Zapraszam również do śledzenia losów bohaterek "Leśnej Polany", czyli powieści w odcinkach, która całkiem niedawno się zaczęła i co drugi piątek będziecie mogły poznawać ciąg dalszy: http://lesnatrylogia.blogspot.com.au/

Na koniec - jeżeli jeszcze tego miejsca nie znacie - zapraszam na fanpage, który od dziś prowadzić będę nie ja osobiście, a Ania Nowak, moja zaufana koordynatorka:  https://www.facebook.com/fanpagekatarzynamichalak?ref=hl

To chyba wszystko na dziś i na jakiś czas. Zostawiam Was w dobrych rękach i z 31 powieściami do przeczytania, a ja udaję się w piękne miejsce, otoczone lasem, na polanę, gdzie stoi mały biały domek, kryty omszałą dachówką, czyli powracam do pisania "Leśnej Polany". Mam nadzieję, że w sierpniu trafi ona do Waszych rąk.


środa, 1 czerwca 2016

"Nie zależy mu na tobie"...

... felieton jeszcze z mojej pierwszej "Zielonej Strony", którą z pierwszymi Czytelniczkami wspominamy z łezką z oku, bo razem śmiałyśmy się i płakałyśmy, przypomniał mi się właśnie dzisiaj. A przypomniał mi się dlatego, że czekam od kilku dni na jakąkolwiek wiadomość od pewnego Australijczyka, w którym jakoś tak wyszło, że się trochę zauroczyłam i... nic.

Ku pamięci więc, żebyś Kasiu nie zapomniała własnych słów sprzed kilku lat i dla Was, dziewczyny, żebyście pośmiały się razem ze mną z mojej naiwności:

N jak Nie zależy mu na tobie...

 



No, Dziewczęta, to ja Wam dzisiaj walnę artykuł... Sponsorowany jest on przez literkę N jak Nie zależy. INspirowaNy książką absolutNie geNialNą, a przez to Nie do zdobycia pod tym samym tytułem. SpecjaNie dla Was krótki przewodNik po "Jeśli mężczyzna mówi NIE to znaczy TAK". Enjoy!
Wszystkie jak tu siedzicie, no siedzimy, przed kompami, w tej chwili jesteśmy: inteligentne, urocze, dowcipne, świetne, wykształcone, ładne a nawet piękne, kochane, kochające, pełne życia, romantyczne, marzycielki, (...............) tu proszę wpisać jeszcze z 123 określenia, których nie wymieniłam, a są prawdziwe.
Wszystkie, tak, tak!, i Ty miss X i Ty mrs Y jesteśmy godne miłości i pragniemy miłość dawać. Zasługujemy na wszystko co najlepsze i na najfantastyczniejszego, najukochańszego faceta pod słońcem. (Z małą poprawką: każdej z nas pisany jest inny facet, żeby nie było, że ten sam).
Któregoś dnia spotykamy owego KNBK. Łał! Ogarnia nas nagły szał uczuć. Motyle w brzuchu, czy gdzie tam indziej, ucisk w sercu, radość w duszy etc. Mamy wszelkie symptomy zakochania. I nasz KNBK również p o w i n i e n  je mieć. Powinien. Jesteśmy tak dziwnie skonstruowane, że prędzej wmówimy sobie (zauważcie: cały czas piszę "my", bo sama popełniam wciąż i wciąż ten sam błąd co cała żeńska połowa globu), iż nasz Ukochany: zgubił komórkę, zgubił rękę z komórką, zgubił się na Dworcu Centralnym i został kloszardem, zgubił poczucie czasu lub/i rzeczywistości (........) cokolwiek tu wpiszecie będzie szczerą prawdą - niż przyznać, że nie dzwoni, bo po prostu mu na nas nie zależy. Wgapiamy się w telefon, hipnotyzujemy skrzynkę mailową, sprawdzamy po sto razy konto na wirtualnej, wmawiając sobie, że naszego Ukochanego: porwał wiatr lub Nessie, ewentualnie UFO (dlatego nie pisze), odpoczywa z Złotych Piaskach (no, to akurat możemy wybaczyć - tam naprawdę nie ma zasięgu ani netu), idzie na dno wraz z Titanikiem, a orkiestra gra do końca, na lodowej krze usiłuje opłynąć Biegun Północny, poławia perły u wybrzeży wyspy Nigdy-Nigdy lub (.........) cokolwiek przychodzi Ci do głowy będzie równie dobrą wymówką - zamiast uzmysłowić sobie, że nie napisze krótkiego SMS-a: "Kasiu jesteś głupia", bo po prostu o Tobie (czyli mnie, wychodzi na to, że mnie) zapomniał i nie chce mu się nawet - u boku blond laski z którą pomyka w kierunku zachodzącego słońca - wystukać tych trzech słów.
Mężczyznom wielką frajdę sprawia zdobywanie tego, na czym im zależy. Jeżeli zależy mu na tobie, to cię znajdzie. Jeżeli uważasz, że dałaś mu zbyt mało czasu, żeby cię zauważył, docenił i pokochał, pomyśl, jak szybko ty go dostrzegłaś i podziel to na pół. Mniej więcej tak szybko myśliwy namierza swoją ofiarę. Jeśli trzepotanie rzęsami, powłóczyste spojrzenia, subtelne zaproszenia nie robią na nim wrażenia, nie znaczy to, iż jest nieśmiały, oczarowany do nieprzytomności, czy wręcz nieprzytomny. Znaczy to ni mniej ni więcej, że nie robisz na nim wrażenia. 
O dziwo, mężczyzna, któremu zależy na kobiecie potrafi: znaleźć jej numer, znaleźć jej mail, znaleźć ją samą, choćby widzieli się przez minutę w barku za rogiem. Następnie potrafi: wystukać pracowicie ten numer, choćby po to, by usłyszeć jej głos, napisać zabawnego maila, który ją zaintryguje na tyle, by odpisała, palnąć ją gazetą w łeb, jeśli spotykają się siedemdziesiąty siódmy raz w tym barku, a ona go nie zauważa.
Wiem, że to graniczy z nieprawdopodobnym, ale mężczyzna, któremu zależy na kobiecie potrafi: dzwonić do niej codziennie, bez względu na brak zasięgu (nawet jeśli mężczyzna zgubi zasięg, to zasięg odnajdzie mężczyznę), odpowiadać na jej maile niemal natychmiast po otrzymaniu, być zawsze pod telefonem, wgapiać się w komórkę, z nadzieją, że ten SMS jest właśnie od niej, hipnotyzować Outlooka, żeby mail od ukochanej kobiety szybciej doszedł. Rozumiesz, co mam na myśli? Facet potrafi! Więcej: zakochany facet potrafi to co my!!!
Jeżeli twój ukochany (lub wydaje ci się, że twój ukochany):
1. Nie dzwoni, to znaczy, że nie chce zadzwonić. Nie "nie umie zadzwonić", nie "telefon zeżarł mu grizzly", tylko nie chce. Jeżeli dzwoni, żebyś ty oddzwoniła, i gada godzinami na twój koszt, to... poszukaj sobie innego mężczyzny.
2. Nie pisze, to znaczy, że nie wystarczająco chce mu się napisać. Jeżeli nawet wylądował przymusowo w Złotych Pitolonych Piaskach, gdzie nie ma netu, to choć raz dziennie poleci na Marsa, by stamtąd wysłać maila albo chociaż krótkiego wesołego SMS-a: "Kasiu jesteś głupia do kwadratu, ale i tak cię kocham". No dobra, bez "kocham cię" bo tego facet nie umie pisać.
3. Nie ma czasu na randki, to znaczy, że nie chce mieć czasu na randki, bo zakochany facet jest tak złakniony swej łani, że morza przebędzie o jednym złamanym wiośle, góry przemierzy w samych skarpetkach i podkoszulku z napisem Adidas, rzeki i lasy i tak dalej, byle: dorwać się do ukochanej, podotykać ją chwilę ze szczerą radością na twarzy, a następnie do świtu uprawiać z nią seks, seks, seks, a gdy już nie będzie mógł, to jeszcze choć raz uprawi z nią seks, po czym padnie, ale nim padnie do końca, jeszcze ukochaną podotyka. 
4. Ważniejsze od ciebie są: była żona, mamusia, chora na włosy teściowa, dziecko z poprzedniego małżeństwa, przyjaciółka z podstawówki lub (co gorsza) przyjaciel, sąsiadka z takim fajnym ujadającym pieskiem, który tylko marzy, by się przelecieć, kioskarka bez pieska za to z biustem, (.......) tu wpisz, kto jest od ciebie ważniejszy.
Nikt nie jest. Dla zakochanego mężczyzny najważniejsza na świecie jesteś TY, bo to z tobą, nie z pieskiem sąsiadki chce uprawiać on seks, seks, seks, a potem mieć trójkę dzieci, domek z ogródkiem i ujadającego pieska, żeby patrzeć jak daleko poleci.
5. Jest zmęczony, boli go głowa/gardło/brzuch/prawy jajnik/cokolwiek i nie może dziś z tobą, "przepraszam, kochanie", uprawiać seksu, znaczy, że nie ma ochoty uprawiać z tobą seksu i mieć raczej nie będzie, niż będzie.
Zakochany facet staje się nagle super zdrowy i ZAWSZE, ale to ZAWSZE, nawet jak wiozą go na OIOM po zawale, ma ochotę cię dotykać, kochać, całować i to co robią ludzie zakochani robić. A jeżeli naprawdę wiozą go na OIOM, to przynajmniej szuka twojej ręki, żeby cię za nią potrzymać.
6. Niecący cię zdradził, ale to było przypadkiem, po ciemku, jakoś tak i już nigdy więcej.
Nie ma "niechcący".
Zdrowy na umyśle facet wie co robi, z kim robi i wie, że jeśli nie robi tego z tobą, to robi z kim innym, a skoro tak, to cię zdradza. Nawet gdy wina nie brak i wszystkie kobiety piękne są, twój mężczyzna doskonale zdaje sobie sprawę, że właśnie idzie do łóżka (albo gdzie indziej) z inną kobietą. Jeśli nie zdaje sobie sprawy z powodu pomroczności jasnej, to nie pójdzie, bo nie będzie mógł.  Dla zakochanego mężczyzny nie istnieją inne kobiety. Po prostu. Są aseksualne, a jeśli nawet za którąś się obejrzy, to potrafi utrzymać przy sobie łapy i nie tylko łapy, bo wie, że zdrada ciebie śmiertelnie zrani. I nie ma: "bo mężczyźni są z natury poligamiczni". To zwykła głupawa wymówka, którą dałyśmy sobie wcisnąć, by tłumaczyć naszych facetów. Mężczyzna z natury poligamiczny niech sobie poszuka z natury poligamicznej kobiety, bo ty jesteś monogamiczna i zasługujesz na wierność. 
7. Boi się trwałego związku. Oraz "kocham cię". Woli zostać przyjaciółmi. Pragnie związku wolnego i takie tam pierdoły.
Mężczyzna, który ciebie naprawdę pragnie, zrobi wszystko - wyzna ci miłość sześć razy na sekundę, poprosi - klęcząc z bukietem kwiatów - o rękę pośrodku Trasy Toruńskiej, skoczy oknem i wróci balkonem - zrobi wszystko, by tylko dobrać się do ciebie i (ty już wiesz co). I nigdy w życiu nie podzieli się tobą z innym mężczyzną. Nie zgodzi się na żaden wolny związek i nie wystarczy mu czuła przyjaźń. Bo pragnie ciebie i ciebie kocha. I chce, żebyś ty kochała tylko jego. W każdej pozycji.
8. Odchodzi i nie wraca. Dni, ranki, wieczory. A pełne zwierza bory.
Zakochany mężczyzna, nawet gdyby w owych borach został pożarty przez pełne zwierza, przed pożarciem zdąży cię zapewnić o swojej miłości. A jeśli absolutnie nie musi, to nie odstąpi ciebie na krok. Z tegoż względu, że zakochany mężczyzna (zupełnie jak zakochana kobieta! no nie! serio!!) LUBI przebywać w twoim towarzystwie bezustannie. Nie musi ciągle wisieć ci nad głową, ale przynajmniej LUBI cię słyszeć, LUBI widzieć, LUBI czuć, że jesteś z nim. Jesteś jego. Jeśli odchodzi, to na chwilę i wraca wtedy, gdy obiecał, że wróci. A nawet wcześniej. (I wtedy masz kłopot z upchnięciem kochanka do szafy). Jeśli chwilowo nie może wrócić, to i tak jest przy tobie sercem, duszą i zakochanym umysłem. Nie zapomni zadzwonić, nie zapomni powiedzieć, że cię kocha i nie zapomni twojego imienia. 
9. Nie dba o ciebie. Nooo... jeśli twój mężczyzna nie dba o ciebie, to nie on jest mutant, tylko ty. Sorry, Winnetou.
Mogłabym tak wyliczać w nieskończoność, bo też nieskończona jest pomysłowość kobiet w wymyślaniu wymówek dla niekochających mężczyzn, ale myślę, że załapałaś o co biega (tak, tak, Kasiu, to ciebie też dotyczy!). Zamiast więc wgapiać się w telefon, modlić do komputera lub słać tęskne SMS-y bez odpowiedzi, wyjdź na spacer. Może spotkasz faceta, który się w tobie zakocha ze wzajemnością i wreszcie poczujesz subtelną różnicę między "nie zależy", a "zależy" mu na tobie? Jesteś warta takiej miłości! Ja zresztą też. Idę wykasować ten głupi numer i ten głupi mail do tego głupiego XYZ. A potem pójdę na spacer. Jest wprawdzie pierwsza w nocy i raczej nie spotkam KNBK w ciemnym lesie, ale przynajmniej mózg przed snem przewietrzę, czego i Tobie, droga Czytelniczko życzę.